wtorek, 23 kwietnia 2013

Rozdział 33

-Ty pieprzony, cholerny egoisto!- wykrzyczałam. Przeszłam na drugi koniec balkonu, ale zaraz po chwili ponowiłam nerwową wędrówkę. Mario stał przy barierce i przypatrywał mi się.
-Masz mi coś jeszcze do powiedzenia?
Zatkało mnie. Obrzucam go błotem a on ze stoickim spokojem pyta czy mam mu coś jeszcze do powiedzenia?!
-Masz mi coś jeszcze do powiedzenia?- powtórzyłam za nim- Czego ty się spodziewasz?! Że pogratuluje ci dobrego wyboru? A może, że zacznę cieszyć się razem z tobą?!
-Szczerze? To...
-Nie chce znać twojego zdania, do cholery!- przerwałam mu- Jesteś nic nie wartym gówniarzem, dla którego liczą się tylko pieniądze. Myślałam że fani i Borussia coś dla ciebie znaczą, ale najwyraźniej się pomyliłam. "Dortmund to mój dom"- zacytowałam go- Taki dom, że aż go zmieniasz. "Chce zostać w Dortmundzie na całą swoją karierę". Borussia Dortmund zmieniła nazwę na Bayern Monachium? Bo sobie nie przypominam.
-Nikki, proszę cie.
-Teraz to mnie prosisz?
-Nie chce żeby wszyscy sąsiedzi cie usłyszeli.
-Oni już o tym wiedzą debilu! A swoim klubowym kolegom powiedziałeś, czy może dowiedzieli się przez facebooka?
-Nika, przestań.
-Nie przestanę. Ja nawet nie mam ci za złe tego że chcesz zmienić klub. Jesteś młodym, dobrym zawodnikiem to normalne że chcesz się rozwijać. Zrozumiałabym każdą ligę. Hiszpańską, angielską kuźwa Mario nawet włoską ligę bym zrozumiała. Ale nie umiem uwierzyć że zostajesz w Bundeslidze, tylko zmieniasz klub. Idziesz do swojego największego rywala! Jesteś smarkaczem dla którego liczy się tylko kasa. Zapomniałeś o wszystkim, w ślepej pogoni za sławą.
-To nie tak...
-A jak?! Manager cie namówił? Nie bądź głupi, masz swój rozum, i potrafisz pokręcić tą swoją pustą głową i powiedzieć "nie". Ty po prostu nie chcesz. Okłamywałeś wszystkich przez cały ten czas.- pokręciłam głową z niedowierzaniem, czując zbierające się w oczach łzy- Wiesz co? Nie czekaj do lipca. Idź sobie do Monachium już teraz, bo nie mam ochoty patrzeć na tą twoją fałszywą gębę.

*

Opuściłam mieszkanie w wielkim wzburzeniu. Zsunęłam na nos okulary słoneczne, by nikt nie widział moich łez. Łez smutku, mieszających się ze łzami wściekłości. Teraz jeszcze powinien spaść deszcz, żeby jeszcze bardziej mnie dobić pomyślałam z goryczą. Na deszcz jednak wcale się nie zapowiadało. 
Bolało że odchodził. Z największego idola, stał się nic nie wartym gówniarzem. Zerem. Niech sobie idzie pomyślałam Ale niech nie robi tego kosztem zaufania fanów, których tak długo okłamywał. To jego kłamstwo bolało najbardziej. "Dortmund to mój dom". Raczej marny, skoro przenosisz go do konkurencyjnej drużyny. Skąd w nim ta zmiana? Ach, no tak. Pieniądze. 
Kopniakiem otworzyłam drzwi do swojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Niech robi co chce. Jest dorosły. Podobno. Bo zachowaniem przypominał mi raczej rozkapryszonego pięciolatka. 
-Nikki, wszystko w porządku?- Iggie weszła cicho do pokoju. Ułożyłam twarz w poduszce, tak by tłumiła mój szloch- Co ty? Płaczesz? Coś się stało?
-Włącz facebooka to dowiesz się co się stało- burknęłam. 
-Przestań. Chce sie dowiedzieć od ciebie.
-Nie ma sensu. To mnie nie dotyczy. 
-To dlaczego płaczesz? 
-Bo dotyczy gówniarza, zwanego piłkarzem, w którym kiedyś byłam zakochana. 

*

(Martha)
Moritz siedział na przeciwko mnie, nerwowo wystukując palcami jakiś rytm. 
-Coś się stało?- zaniepokoiłam się- Jesteś jakiś spięty. 
-Raczej rozczarowany.- odpowiedział lekko się uśmiechając. Kelnerka podeszła do naszego stolika, postawiła przed nami wino i odeszła. Piłkarz odsunął kieliszek od siebie. 
-Więc, co się stało? 
-Mario nie poinformował cie jeszcze osobiście?- zapytał z niedowierzaniem. 
-O czym miał mnie poinformować?
Moritz posłał mi pełne smutku spojrzenie.
-W lipcu Mario przechodzi do Bayernu Monachium.

*

-Hej, mogę?- weszłam do przyjemnie urządzonego salonu Mario- Co robisz? 
-Chwilowo nic konkretnego.- uśmiechnął się i wyłączył laptopa. 
-Nie świętowałeś meczu z Mainz... - odpowiedziałam. 
-Coś się stało.
-Nie chce wnikać w to co się stało. Pomyślałam jednak, że może chcesz to chociaż oblać.
-Raczej nie. 
-Czemu? 
-Zwycięstwa Borussii, nie są już moimi zwycięstwami.
Wybuchnęłam zduszonym śmiechem. 
-Przecież Dortmund to twój dom, należysz do klubu. Ich zwycięstwa są twoimi zwycięstwami. 
-Nie.
-Mario, ale...
-Nie. W lipcu zmieniam klub. 
-Co? 
-Przechodzę do Bayernu Monachium .
-Ty pieprzony, cholerny egoisto!- wykrzyczałam.
Obudziłam się gwałtownie. Nie miałam pojęcia jakim cudem w tej rozpaczy udało mi się zasnąć, ale wiedziałam że był to zły pomysł. Cała scena z ty jak dowiaduje się o transferze Mario powtórzyła się. Znowu. 
Cała złość opadła. Smutek nadal był. 
Oj, nadal cie kocham egoisto pomyślałam z rozpaczą. Przeprosić? Wybaczyć? Starałam się go zrozumieć, ale nie było to łatwe. To było cholernie trudne.  

*******************************************************
WYBACZCIE PLZ, NIE MIAŁAM POMYSŁU JAK ZAKOŃCZYĆ ANI CO NAPISAĆ DALEJ. 

piątek, 19 kwietnia 2013

Rozdział 32


Gdy dotarłam pod blok, okazało się że nie mam kluczy. Moje nie były jeszcze dorobione a te oryginalne miała Iggie. Dzięki życzliwości jednego z sąsiadów, weszłam do klatki i czekałam na dziewczynę na korytarzu.
Po parunastu minutach przyszła. Była wyraźnie niezadowolona. Stukot jej obcasów odbijał się głośnym echem.
-Co to miało być?- wywarczała otwierając drzwi.
Wzruszyłam ramionami.
-Ja rozumiem że to znajoma Marco, ale i tak dużo zrobiliśmy że ją wzięliśmy ze sobą. Czy zapraszaliśmy też tą jej koleżankę? Nie! Za to zapraszaliśmy ciebie, powinny to uszanować...
Iggie trajkotała jak najęta. Dopiero po chwili dotarło do mnie że to nie ja jestem powodem jej złości. -Iggie, skończ. Szkoda nerwów- westchnęła Martha. Zauważyłam ją dopiero gdy się odezwała.
-Chłopcy jeszcze zostali?
-Mario i Marco wyszli zaraz za mną, ale Mats i Robert czekali na dziewczyny.
-To było do przewidzenia.
-Nie na Sandrę i Nathaly- sprostowała- Na Cathy i Anię.
Patrzyłam na nie zdezorientowana.
-A te dwie suki, wyszły zaraz za nami- dodała po chwili.
Iggie uśmiechnęła się lekko.
-Nie przesadzasz czasem?
Martha wzruszyła ramionami.
-Raczej nie sądzę.

*

(Sandra)
Autobusy były puste, podobnie jak dortmundzkie drogi. Poza mną, Nathaly i jakąś starszą panią w autobusie znajdował się tylko kierowca.
Nathaly utkwiła rozmarzone spojrzenie w szybie.
-Ten Mario to jest przystojny- stwierdziła w pewnym momencie. Staliśmy akurat na czerwonym świetle.
-Zapomnij kochana. Za wysokie progi na twoje nogi.
-A to dlaczego?
-Bo ja go sobie zaklepałam. Tobie zostaje ten cały Marco.
-Ten cały? Czy ty z nim przypadkiem kiedyś nie byłaś?
Uśmiechnęłam się drwiąco.
-Podobno tak.

*

-Iggie, kurde na ramiona a nie plecy!- krzyknęła Martha wycierając oczy i chwiejąc się w basenie. Iggie starała się wdrapać na jej ramiona, ale marnie jej to wychodziło. Stałam obok i śmiałam się z ich poczynań.
-Nieeeeee!- Iggie z głośnym pluskiem wpadła do wody, przelatując nad głową Marthy. Popłynęłyśmy w róg basenu. Na chwilę zapadła cisza.
-Ja cie. Wyobrażacie sobie, że nagle przelatuje tutaj odrzutowiec z Barcelony i wyskakuje z niego Messi, w locie krzyczy "złapcie mnie", a wszyscy się odsuwają?
Wybuchnęłyśmy śmiechem.
-Odsunęłabym się jeszcze dalej, gdyby z tego odrzutowca wyskakiwał Julian- mruknęła Martha. Zrobiła przymuloną minę i dodała udając głos Schiebera- Cześ Marco, cześć Mario, Julek jestem.
Powygłupiałyśmy się jeszcze troche, kiedy na basen weszli Marco, Mario i Moritz Leinter. Widok dwójki pierwszych wcale mnie nie zdziwił, wiedziałam że Marco umawiał się z Iggie. Jednak Moritz stanowił dla mnie pewnego rodzaju zagadkę. Prawie wcale go nie znałam, bardzo rzadko też rozmawialiśmy.
-Cześć dziewczyny- piłkarze podeszli do nas- Jesteście podejrzanie suche.
-W którym miejscu niby?
Żaden z nich nie odpowiedział. Zamiast tego zaczęli nas chlapać wodą. Uciekałyśmy, ale nie dali za wygraną i po chwili zaczęła się prawdziwa wojna. Marco wziął Iggie na ręce i uciekł z nią w najgłębsze miejsce w basenie.
-Radze się poddać, mamy zakładniczkę!- krzyknął.
-Nie ma mowy!
Marco upuścił Iggie do wody. Dziewczyna po chwili wypłynęła i wróciła do nas, cała naburmuszona.
-Obrażam się na ciebie, głupku!- krzyknęła przed ramie.
-Nie, nie obrażasz się- odkrzyknął podpływając do niej. Podszedł od przodu i pocałował ją. Wszyscy taktownie odwróciliśmy wzrok.
-NA BOMBĘ!- wykrzyknął ktoś nad nami. Nim się zorientowałam co się dzieje, Mario wskoczył do basenu, ochlapując wszystko dookoła.
-I kto tu jest głupkiem?!- Moritz przetarł oczy.
-Przypuszczalnie ty Leitner- stwierdził ktoś na górze. Odwróciliśmy się w stronę głosu. Wszędzie bym go poznała.

*

-Mario, byliśmy na dzisiaj umówieni.- stwierdziła Sandra przymilnym głosikiem, siadając na leżaku obok Mario. Chłopak przesiadł się na siedzenie dalej.
-Nie przypominam sobie- odparł lodowatym głosem.
-Oj głuptasku. Nie zapomina się o takich rzeczach- Sandra znowu usiadła obok niego. Goetze wzniósł oczy do nieba.
-Mnie się wydaje że on raczej nie chce nigdzie z tobą iść- stwierdziła Martha, wsadzając głowę między ich ramiona.
-A mnie się wydaje, że tobie się coś wydaje- warknęła Sandra.
-Proszę cię, dosadniej nie da się tego powiedzieć.
Sandra zrobiła obrażoną minę i wstała. Podeszła do Iggie, która siedziała na brzegu leżaka i mocno ją popchnęła. Dziewczyna zachwiała się i poleciała do wody, ciągnąc za sobą Sandrę.
-Co ty robisz?!
-Co ja robię?! Co ty robisz?!
Sandra niemal zawarczała. Wyszła z wody, podeszła do Mario uderzyła go w policzek i odeszła.
Staliśmy zdezorientowani, wpatrując się w odchodzącą dziewczynę.
-Za co to?- krzyknął za nią Mario rozcierając policzek.
-Tak sobie!- odkrzyknęła.
Moritz opadł na leżak.
-Nigdy, nie staraj się zrozumieć kobiety.

*********************************************************
NIE MAM POMYSŁÓW WIĘC JEST ŻAŁOŚNIE, DO DUPY ITD.

Rozdział 31


-Nie możesz mnie zostawić! Nie, błagam- usłyszałam własny płacz. Znalazłam się w ciemnym pomieszczeniu. Dostrzegłam że ktoś stoi w drzwiach.
-Przykro mi, ale...
-Nie, nie możesz. Ja nie umiem bez ciebie żyć, rozumiesz? Sprawiasz, że żyje, że czuje. Nie możesz tak po prostu odejść...
-To koniec
-NIEEEEEEEEEEEEEE.

Obudziłam się gwałtownie. Co to miało być do cholery?! Jeśli to moja podświadomość, to z ręką na sercu mogłam powiedzieć że jest nienormalna.
Podniosłam się z łóżka i zerknęłam przelotnie na kalendarz. Zakreślona data. Okrąglutki miesiąc. A może już dwa? Kto by to liczył.
-Dzień dobry- przywitałam się z leżącą na kanapie Marthą. Pomachała mi ręką i przewróciła się na drugi bok.
-Co się stało?- zapytałam widząc roztrzaskany ekran jej telefonu.
-Zdenerwowałam się. Dzwoni dzień i noc. Żeby zapytać co tam u mnie- Martha zakryła głowę poduszką- To już obsesja.
-Przynajmniej masz swojego wielbiciela- uśmiechnęłam się lekko.
-Cytując pewną osobę "lata za mną połowa Dortmundu". Ten jeden wielbiciel mógłby dać sobie spokój.

*

-Goetze do cholery, skup się!- ryknął trener. Przestałam się skupiać na tym ile razy piłkarze zostali już dzisiaj ochrzanieni. Pierwszy raz byłam świadkiem, jak trener krzyczy na nich w taki sposób.
-Reus, Lewandowski, nie rechotać tylko biegać!
Piłkarze biegali już okrągłe 90 minut. Nie było to chyba nic nadzwyczajnego, bo ostatecznie w meczach biegali podobnie, ale widać było zmęczenie na ich twarzach.
Dzisiaj trening ograniczył się tylko do długodystansowego biegania, ale nawet nie chciałam sobie wyobrażać jak będzie wyglądał następny. Chłopcy przygotowywani już byli do meczu z Realem.
-Na dzisiaj mam dość- mruknął Mario wychodząc z szatni. Za nim szli Mats, Robert i Marco. Wszyscy tak samo zmachani.
-No co wy! Nie bądźcie smutasami.
-Łatwo ci mówić.
-No łatwo- przytaknęła Martha- A wam po kilku frytkach z Mc'Donaldsa też będzie łatwo.

*

Zmęczenie szybko ustąpiło miejsca uśmiechowi, gdy weszliśmy do Mc'Donaldsa. Zajęliśmy miejsca na największej kanapie. Prawdopodobnie wszyscy byliby zadowoleni, gdyby nie Sandra, którą spotkaliśmy w drodze. Ku uciesze dziewczyny i naszym niezadowoleniu, ktoś zaproponował by się do nas dołączyła. Byłaby głupia, gdyby zmarnowała taką okazje.
-To ja z chłopakami pójdę coś zamówić a wy tutaj posiedźcie- zaproponowała. Zacisnęłam mocniej zęby, Martha zwinęła pod stołem rękę w pierś a Iggie sfrustrowana odwróciła wzrok w stronę okna.
-Ja poproszę shake waniliowego- mruknęłam. Sandra skinęła głową i odeszła razem z chłopakami.
-Nie wytrzymam, nie wytrzymam- szepnęła Martha.
-Ciekawe jak wytrzymują z nią znajomi?
-Myślisz że ona ma jakiś znajomych?
-Raczej nikt poza nami nie jest na tyle głupi- prychnęła Iggie. Wybuchnęłyśmy zduszonym śmiechem.
Mario i Marco wrócili z tacą. Nie było na niej mojego zamówienia, więc cierpliwie poczekałam aż Sandra mi je przyniesie.
-Jesteś pewna, że nie chcesz niczego poza?- Mario popatrzył na mnie z powątpeniem, machając mi przed oczami frytką.
-Tak jestem pewna.
Sandra wróciła razem z Matsem i Robertem. Postawiła przede mną mały kubek i położyła obok słomkę.
-Waniliowego nie było, więc wzięłam truskawkowy.
-Ummm... Jestem uczulona na truskawki, ale nie szkodzi- stwierdziłam.
-Czy ty wiecznie musisz marudzić?
Zmierzyłam ją znienawidzonym spojrzeniem.
-Daj spokój Nik, nie pij tego. Zrobię to za ciebie- mruknął Mario odbierając mój kubek. Pod nos podstawił mi swoje nietknięte ciastko- Szkoda, żeby się zmarnowało.
Obdarzyłam go pełnym wdzięczności uśmiechem. Odpowiedział tym samym.
Coś zaiskrzyło. A takie przynajmniej miałam wrażenie.
-Zaprosiłam jeszcze kogoś- zapiszczała radośnie Sandra. Chyba miało wyjść spontanicznie, ale było wręcz przeciwnie. Zabrzmiało to sztucznie, jakby na siłę starała się zwrócić na siebie uwagę.
-Jeszcze kogoś?- Martha uniosła brwi, rozglądając się po kanapach. Miejsca ledwo starczyło dla nas, więc ja także nie rozumiałam kto jeszcze mógłby się tu zmieścić. Chyba tylko tresowana mrówka [dop. aut. wyszkolona przez panią Halinkę xD] mogłaby wejść między nas.
-Już jest- Sandra zaklaskała i poderwała się z miejsca by przywitać nową osobę. Dziewczyna akurat wchodziła. Blondynka podbiegła do niej, przytuliła ją i pociągnęła w naszą stronę.
-Ludzie to Nathaly. Nathaly to Mario, Marco, Robert, Mats, Martha, Iggie i Dominika.
-Miło nam poznać- stwierdziła Iggie, jednak bez większego entuzjazmu.
-Mnie również. Dużo o was słyszałam. Szczególnie o tobie, Mario- stwierdziła.
-A dobre czy złe rzeczy?
-Same pozytywy- zapewniła, wsuwając się na miejsce obok Marthy. Wszystkie posunęłyśmy się kilka centymetrów. Byłam bliska spadnięcia.
Wysiedziałam w takiej pozycji jakieś dwie lub trzy minuty.
-Mogłybyście się trochę posunąć? Zaraz spadnę.- Nathaly posunęła się jeszcze trochę. Miałam problem z poruszaniem się.
-Nie ma gdzie- stwierdziła Iggie.
-To może niech ktoś stąd pójdzie- mruknęła, patrząc wymownie w moją stronę.
Zawahałam się przez moment po czym wstałam. Byłam dość zła, bo nie dość że się wprosiła to jeszcze jawnie mnie wygania. Jednak było mi już wszystko jedno.
-Skoro tak bardzo ci przeszkadzam to stąd wyjdę.- odparłam i opuściłam lokal, nie zwracając uwagi na ich nawoływania.

**********************************************************************
BEZ SENSU ALE 32 BĘDZIE JESZCZE GORSZY ;__;

Rozdział 30


-Skąd znacie Sandrę?- zapytałam Mario. Postanowiliśmy że wyjdziemy i damy zakochanym trochę prywatności. Teraz gdy byli pogodzeni, mogli na nowo cieszyć się sobą- nie chcieliśmy im w tym przeszkadzać.
-Sandra to stara znajoma Marco. Byli kiedyś narzeczeństwem.
-Jak mniemam coś się stało?
-Czy gdyby było inaczej, byłby z Iggie?- uśmiechnął się lekko- Marco wyjeżdżał, ona tęskniła. Ona wyjeżdżała, Marco tęsknił. A gdy już byli razem nie umieli dojść do porozumienia, wiecznie się kłócili.
-Więc się rozstali? Tak po prostu?
-To było najwygodniejsze wyjście dla obu stron. Potem w życiu Marco pojawiła się Carolin, z którą też chciał się zaręczyć, ale kiedy poznał Iggie wszystko się zmieniło, resztę historii już znasz.- stwierdził. Po chwili dodał- Czasem lepiej zakończyć coś toksycznego, żeby mogło zacząć się coś prawdziwego.
Przyjrzałam mu się badawczo. Na jego twarzy zagościł poważny wyraz, którego nigdy tam nie widziałam. Miałam wrażenie, że mówił o sobie. Pierwszy raz poczułam, że może jestem dla niego kimś ważnym skoro zwierza mi się z takich rzeczy.

*

-Spacer się udał?
-Wyszliśmy tylko ze względu na was gołąbeczki- mruknęłam, uśmiechając się przyjaźnie.
-Ciesze się, że wszystko jest jak dawniej- stwierdziła, przeciągając się na kanapie jak kot- Nie widziałaś Marthy? Julian dzwonił na jej telefon.
-Ona chyba celowo wyszła nie zabierając go.
Iggie spojrzała na mnie jak na kretynkę.
-Przecież wiem. Obiecałam Schieberowi że zapytam, więc pytam.
-Nie, nie widziałam jej- odpowiedziałam na wcześniej zadane pytanie.
-W ogóle Justin, ma grać w Dortmundzie, słyszałaś? Jestem taka podekscytowana! Już kiedyś tutaj był, ale wtedy nie mogłam pojawić się na jego koncercie, za to teraz razem z Marco mamy już kupione bilety. Może chciałabyś iść z nami?
-Nie zamierzam być piątym kołem u wozu.
-Przestań. Nie będziesz nim, bo Mario też idzie- machnęła mi przed nosem ręką z biletem. Odebrałam go od niej-To będzie cudowna podwójna randka.
-Jaka podwójna randka? Nie było mowy o żadnej randce.
Iggie uśmiechnęła się przebiegle.
-Jeszcze.

*

(Martha)
Szłam kolejną uliczką Dortmundu, za wszelką cenę starając się unikać Juliana. Chłopak popadł w jakąś obsesje i wszędzie za mną chodził, zapraszając to na kawę, to do kina. Głupio mi było odmawiać, ale jeszcze gorzej czułam się ze świadomością że piłkarz myśli o mnie, jako o być może przyszłej dziewczynie. Trzeba było dodać, że byłabym jego "rzekomą" dziewczyną, bo nie darze go ani cieniem sympatii.
-Hej Martha- usłyszałam za sobą. Odwróciłam się na pięcie i zobaczyłam Mario z uwieszoną na ramieniu Sandrą. Marco i Iggie sie zeszli to już lecisz do następnego pomyślałam z goryczą.
-Cześć- stwierdziłam cierpko.
-Przejdziesz się z nami?- zapytał Mario. Kiwnęłam lekko głową i ruszyłam za nimi.

*

(Mario)
Kobiety starają się imponować swoim wyglądem, makijażem, wyzywającym strojem, a pojawi się taka dziewczyna i nieświadomie, jednym uśmiechem sprawi że za niedługo nie będziesz w stanie przestać o niej myśleć.
Właśnie myślałem o jednej takiej dziewczynie. O ciemnych włosach, opadających na ramiona. O orzechowych oczach, pełnych życia i determinacji. O uśmiechu, pełnym ciepła.
-Mario!- Sandra pomachała mi przed oczami ręką- Nie podoba mi się jak mnie traktujesz. Za niedługo będę żoną twojego najlepszego przyjaciela, powinieneś odnosić się do mnie z większym szacunkiem i sympatią. Stanowczo za dużo lekceważącego podejścia.
-Czekaj chwile- rozmarzony umysł dopiero po chwili zrozumiał sens słów dziewczyny- Żoną przyjaciela? Którego?
-To jak to którego? Marco, oczywiście- zaśmiała się. Zmrużyłem oczy.
-Ale on ma dziewczynę- stwierdziłem.
-I na pewno nie śpieszno mu do pobierania się z tobą- dodała Martha, uśmiechając się szyderczo. Widok zdruzgotanej Miny Sandry? Bezcenny.

*************************************************************
Zakończenie do dupy, ale nie miałam innego pomysłu, SORRY

Rozdział 29


Godzina 6.00. Dźwięk dzwonka skutecznie mnie budzi. Komuś się chyba nudzi pomyślałam niezadowolona wstając z łóżka.
-Justin będzie w Dortmundzie, Justin będzie w Dortmundzie!- Marco wpadł do salonu i zaczął skakać jak dziecko. Mario miał racje, mówiąc że Reus zachowuje się czasem jak dwunastolatek.
-Fajnie- burknęłam, robiąc sobie herbatę.
-Czy ja widzę brak entuzjazmu z twojej strony? Czuje się obrażony. Powtórzę to jeszcze raz: Justin. Bieber. Będzie. W. Dortmundzie.
-Świetnie, tak się z tego ciesze, umieram z tych emocji!- zapiszczałam z przesadną radością.
-No weź.
-Przepraszam, ale nikt normalny nie przyszedłby z tym do mnie o godzinie 6- postawiłam przed nim kubek z napojem.
-Masz racje. Przeprosiłbym, ale ja nie jestem normalny- uśmiechnął się głupkowato.

*

-Nigdy więcej nie jadę z nimi na żaden mecz!- Iggie weszła do domu ciągnąc za sobą małą walizkę- Miałam takiego kaca, że to koniec picia.
-Na jakiś tydzień?- uśmiechnęłam się pobłażliwie.
-Jak możesz?!- fuknęła- Czy ty aby nie przesadzasz? Na dwa tygodnie.
Iggie poszła do pokoju, a ja zostałam w kuchni. Zastanawiałam się czy powiedzieć jej o Sandrze już teraz czy może jeszcze trochę poczekać, ale moje rozmyślenia przerwał dźwięk dzwonka do drzwi. Coś dużo ludzi się tędy dzisiaj przewija pomyślałam.
Drzwi otworzyły się jeszcze zanim do nich podeszłam. Stałam w środku korytarza patrząc na wchodzącą Sandrę.
-No cześć. Mieszkam nad wami to pomyślałam że wpadnę i przywitam tą... Ingę.
-To Iggie, a nie Inga- warknęłam. Miałam ochotę wykopać ją z mieszkania i zamknąć drzwi przed nosem. Nie znałam jej jeszcze zbyt dobrze, ale mogłam śmiało powiedzieć że sympatii do niej nie żywiłam.
-Nika, kto przyszedł?- Iggie wyszła ze swojego pokoju, wywabiona dźwiękami rozmowy.
-Iggie- Sandra zmrużyła oczy i uśmiechnęła się szyderczo- Nie przypuszczałam że jeszcze kiedyś się zobaczymy.

*

Czas zatrzymał się w miejscu.
-Iggie- Sandra zmrużyła oczy i uśmiechnęła się szyderczo- Nie przypuszczałam że jeszcze kiedyś się zobaczymy.
-To wy się znacie?
-Można tak powiedzieć- stwierdziła ponuro Iggie. Atmosfera stała się napięta, pokój wypełniła pełna skrępowania cisza. Dziewczyny mierzyły się wrogimi spojrzeniami. Obawiałam się, że dojdzie do rozlewu krwi, ale na szczęście do mieszkania wparował Mario i Marco.
-Coś się stało?- szatyn zatrzymał się w pół kroku. popatrzył na nas zdezorientowany.
-Sandra, co tu się dzieje?- tym razem pytanie zadał Marco. Podszedł do Iggie i przytulił ją. Odetchnęłam z ulgą. Czyli spór już zażegnany pomyślałam. Nie miałam pojęcia w jakich okolicznościach się pogodzili, ale nie było to dla mnie ważne.
-Kochana Sandra wpadła zapewne się przywitać- mruknął gorzko Mario.
-Już wychodzę- warknęła i opuściła mieszkanie trzaskając drzwiami. W oczach miała łzy.

******************************************************************
SE SANDRA SE ;__;

Rozdział 28


-Miło mi poznać- dziewczyna wyciągnęła nienaturalnie bladą rękę
-Mnie również- odpowiedziałam z czystej grzeczności- Marco rozmawiałeś już z Iggie?
-Kto to Iggie?- Sandra wbiła w piłkarza lodowate spojrzenie.
-Nie mamy o czym rozmawiać- odpowiedział, ignorując jej wzrok.
-Zamiast tego wolisz znaleźć sobie nową pannę a Iggie olać?- prychnęłam.
-Ona jeszcze nie wróciła- mruknął.
-No oczywiście. Reus puknij się w tą pustą głowę zamiast wiecznie uciekać.- warknęłam ironicznie. Odwróciłam się na pięcie i odeszłam.

*

Nie miałam pojęcia gdzie iść. Nie chciałam jeszcze wracać do domu, ale czułam że błąkanie się po Dortmundzie bez celu nie jest najlepszym sposobem na jakiekolwiek rozmyślenia.
Moje rozmyślenia przerwała machająca przed oczami ręka. Podniosłam wzrok z ziemi i dostrzegłam Stachurską.
-Coś się stało? Jesteś bardziej przybita niż Mario i Iggie razem wzięci.
Uśmiechnęłam się lekko.
-Marco chyba znalazł sobie nową dziewczynę.
Ania zasępiła się lekko.
-Chodzi ci o tę całą Sandrę, uwieszoną na jego ramieniu?
Kiwnęłam głową.
-Znasz ją?
-Miałam okazje poznać- mruknęła- Chodzi za Marco przez cały dzień.
-Myślisz że to coś poważnego?
-A myślisz, że zostawiłby Iggie?
-No nie wiem...
-Ona dużo dla niego znaczy. Na pewno nie znajdzie sobie nowej. Może mają teraz jakieś kryzysy, ale za niedługo wszystko wróci do normy- zapewniła puszczając oko- Wpadnij do mnie. Robert jeszcze nie wrócił a mnie się cholernie nudzi.

*


-GOOOOOOOOOOOOOOOL- Ania podniosła się z kanapy i zaczęła skakać z radości. Grałyśmy w FIFĘ13. Jak na razie wygrywałam 4:1, więc radość dziewczyny była jak najbardziej uzasadniona.
-Jak myślisz; Martha i Julian to coś poważnego?
-Skąd taki pomysł?- zdziwiła się.
-Pytam z ciekawości, co o tym sądzisz.
-Julian jest naprawdę zakochany w Marthcie, ale nie wiem czy coś z tego będzie. Ostatecznie ona chyba nic do niego nie czuje. Teraz moja kolej na pytanie- uśmiechnęła się przebiegle- Myślisz że ty i Mario...
-NIE!- przerwałam jej.
-Nie denerwuj się. Ale możesz mieć pewność że mam was na oku i razem z Iggie was jeszcze zeswatamy.
-Mhm. Próbujcie.
-Żebyś wiedziała że spróbujemy!

************************************************************
NIE MAM POMYSŁU JOŁ

niedziela, 14 kwietnia 2013

Rozdział 27


-Mario, coś się stało?- Martha przyjrzała się mu badawczo, zadając pytanie które krążyła po głowie wszystkim. Naszej uwadze nie umknął zły humor piłkarza i Iggie oraz nieobecność Marco.
Mario posłał nam ponure spojrzenie znad swojej szklanki.
-Iggie...?
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
-Nic szczególnego.
Prychnęłam.
-Jeśli według was te ponure miny to nic, to ja nie chce wiedzieć czym u was jest coś.

*

Borussia grała mecz z Greuther Fürth. Pojechała cała drużyna -łącznie z Iggie- poza Marco, który z powodów problemów mięśniowych został w Dortmundzie. Nie była to jeszcze poważna kontuzja, ale domyśliliśmy się że trener chce go oszczędzać- szczególnie, gdy w losowaniu półfinałowych par, padło na Real.
Marco wprosił się do mieszkania Iggie na oglądanie meczu. Nie wypytywałam dlaczego nie może tego robić u siebie, bo ostatecznie Martha też przyszła.
BVB rozgromiło drużynę z Fürth wynikiem 6:1. Bramki strzelili Mario, Ilkay, Lewy i Kuba. Przy golach Goetze, widziałam jak Marco zaciska mocniej zęby.
-Wy się o coś pokłóciliście?
-Można to tak ująć.
Martha wzniosła oczy do nieba.
-Nie sądzisz że jesteś troche za stary na obrażanie się?
Marco pokazał jej język i wyszedł.

*

-Cholera!- krzyknęłam po raz kolejny wciskając Backspace. Po pokoju walały się sterty kartek z kawałkami nowego artykułu, pisanego na brudno. Szkiców były tysiące ale w komputerze widniał na razie tylko tytuł nowego tekstu.
-Nik, wszystko w porządku?- głowa Marthy ukazała się w drzwiach.
Pokręciłam głową.
-Co ty tu robisz tak w ogóle?
-Zalało mi pokój w akademiku i chciałam zapytać Iggie czy nie mogłabym tu przenocować przez jakiś czas.
-Myślę, że nie będzie miała nic przeciwko- zapewniłam.

*

Jeszcze zanim weszła do mieszkania słyszałam jej śmiech na korytarzu. Drzwi otworzyły się z głośnym hukiem.
-Julek, hahaha, opowiedział mi właśnie śmieszny kawał!
Uniosłam brew do góry.
-Cokolwiek bierzesz, zmień dilera- mruknęłam.
-Julian chciał zaprosić mnie na kawę. Nie zgodziłam się.
-Czemu?
-Nie będę nigdzie wychodzić z tym pacanem!
-We wtorek nie nazywałaś go pacanem.
-Nika, czy ja coś robiłam? Nikaaa? NIKAA?!

*

Nie miałam pojęcia co mnie nakłoniło do wyjścia. Możliwe że chęć ruchu, rozprostowania kości, albo coś innego.
Nogi gdzieś mnie poniosły i zanim się zorientowałam byłam już przy stadionie. Po drugiej stronie ulicy dostrzegłam Marco. Nie był sam.
Przez chwile miałam wrażenie że to pewnie Iggie, ale przecież ona jeszcze nie wróciła.
Piłkarz też mnie dostrzegł i razem z dziewczyną uwieszoną na ramieniu podszedł do mnie.
-Hej Nika. To jest Sandra.

*************************************************************
Macie tu takie żałosne coś ;__;
NIE MAM POMYSŁU NA NASTĘPNE ROZDZIAŁY POMOCY ?

czwartek, 11 kwietnia 2013

Rozdział 26

-Ole, ole ole ole heya BVB- cały klub rozbrzmiał znaną wszystkim fanom piosenką. Przeładowany parkiet pękał w szwach, ludzie tłoczyli się tu i ówdzie, chcąc zamienić z piłkarzami kilka słów a my świętowaliśmy zwycięstwo 3:2 nad Malagą i awans do półfinału Ligi Mistrzów. Poza radością napełniała nas też dumna- wszyscy wiedzieli że ten mecz przejdzie do historii stadionu Signal Iduna Park.
-Kto nie został do końca ten luzer!- krzyknęła Martha. Dziewczyna była już tak upita szczęściem i alkoholem, że gdy Julian Schieber poprosił ją do tańca, natychmiast się zgodziła.
-To co? Teraz szykujemy się do półfinału?
-Teraz, szykujemy się do oblewania wygranej- sprostowałam.

*

(Mario)
-I jak sytuacja z Ann?
-To koniec- mruknąłem, odchodząc od baru i Marco. Przyjaciel chyba dostrzegł że nie mam ochoty na rozmowy o swojej byłej, więc nie naciskał i pozwolił mi wyjść. 
Nocne powietrze buchnęło we mnie, orzeźwiając. Mimo wypitych drinków, czułem się całkowicie trzeźwy. 
Na pobliskich ławkach siedziało kilka osób. Wśród nich dostrzegłem Marthę i Juliana. Uśmiechnąłem się pod nosem. Martha musi być nieźle upita pomyślałem. 
-O! Widzę że ty też przyszedłeś się przewietrzyć- podeszła do mnie Igie. Wzniosłem oczy do nieba. Czy dana mi będzie choć chwila prywatności? 
-W środku jest strasznie duszno- stwierdziła, zdejmując lekką kurtkę. Kiwnąłem lekko głową. Zapadła cisza, przerywana jedynie nieprzyzwoitymi dźwiękami wydawanymi przez Juliana i Marthę. 
-Mario- zaczęła Iggie szeptem. Odwróciłem się w jej kierunku- Nie musi tak być.
-Jak być?
-Tak być między nami. 
-Iggie, nie rozumiem o co ci chodzi- cofnąłem się. 
-Przestań! Przestań udawać że masz serce z kamienia. Przestań twierdzić że ci się nie podobam, bo wiem że tak jest. 
-Iggie, dość! Jesteś moją koleżanką, nikim więcej. 

*

(Marco)
Iggie już dość długo nie wracała, a ponieważ Mats zamówił u DJ'ja spokojną piosenkę, postanowiłem sprowadzić ją na parę minut na parkiet. 
Wyszedłem przed klub. Grupki ludzi tłoczyły się tu i ówdzie, rozmawiając, śmiejąc się i popijając piwo. Nie dostrzegłem jej od razu, ale gdy już to zrobiłem, serce zamarło mi w piersi. 
-Mario, prosze cię.
-Nie!
Nie wiedziałem co się wydarzyło w ciągu kilku sekund w których przecierałem oczy. Gdy znowu odzyskałem możliwość widzenia, Iggie i Mario trwali już w pocałunku. Nie wiedziałem co boli mnie bardziej: fakt że mój przyjaciel całuje moją dziewczynę, czy może to że moja dziewczyna zdradza mnie z moim najlepszym kumplem, a może fakt że ona w ogóle na to nie reaguje?
-Ty skurwielu!

*

(Mario)
-Ty skurwielu!- usłyszałem nagle. Iggie odskoczyła ode mnie jak oparzona a ja stałem sparaliżowany. Marco podbiegł do nas i zaczął mnie popychać. Nie broniłem się, bo nie miało to sensu. 
-Wiem, że jesteś teraz samotny i w ogóle, ale czy to oznacza że masz dostawiać się do mojej dziewczyny?!
-Stary, uspokój się. 
-Jak mam sie uspokoić, skoro moja dziewczyna zdradza mnie z najlepszym kumplem?!- krzyczał w bezsilnej wściekłości. 
-Marco, prosze uspokój się- Iggie pierwszy raz się odezwała- Do niczego nie doszło.
-Jeszcze do niczego nie doszło bo wam przerwałem.- warknął.
-To chyba przez ten alkohol. Nie powinniśmy tyle pić- stwierdziła łagodnie, dotykając jego ramienia.
-Znajdź sobie ciekawsze usprawiedliwienie, bo tego nie kupuje- wyrwał się i odszedł w stronę domu.

******************************************************************
MÓJ UMYSŁ STWORZYŁ TAKIE COŚ. NIE DAŁAM RADY DODAĆ TEGO WCZORAJ, NIESTETY. W DORTMUNDZIE EUFORIA PO MECZU Z MALAGĄ DALEJ TRWA ^^
NIE. LUBIĘ. P. JOJKO. WPISAŁA MI 1 ZA NIEPRZYGOTOWANIE LOL. MOJA ŚREDNIA - 3,84. AHAHAHAAHAHAHAHHAHAHAHAHA. MAM CORAZ TO WIĘKSZE SZANSE NA PASEK XDXDXDXD

wtorek, 9 kwietnia 2013

Rozdział 25


Dwa tygodnie. Okrągłe dwa tygodnie.
Przed oczami przeleciały mi wszystkie chwile spędzone w Dortmundzie. Od momentu kłótni z mamą i wyjazdu, przez spotkanie Iggie, poznanie piłkarzy, kinową wpadkę, aż po dzień dzisiejszy.
Stałam wpatrzona w kalendarz.
Wyjazd był swego rozdziału sprawdzianem. W pełni zadowolona stwierdziłam że na razie całkiem dobrze sobie radze. Miałam prace, dach nad głową i świetnych przyjaciół. Przyjaciół? Tak. Myślę że mimo krótkiej znajomości, pomogli mi już tyle razy że mogli zostać mianowani moimi przyjaciółmi.

*

Borussia podejmowała na własnym stadionie FC Augsburg. Spotkanie zakończyło się pomyślnie 4:2 dla gospodarzy. Emocji nie brakowało. Dużą rolę odegrał w tym meczu Julian Schieber, który umieścił piłkę w siatce rywala aż dwa razy, nie mniej jednak Rober również trafił i zyskał tym samym kolejną bramkę w 10 meczu pod rząd.

*

Po wygranym meczu czekałyśmy z Marthą, Iggie i Anią pod stadionem. Drzwiami wylewał się istny tłum, o mało nas nie zgniatając.
-Cześć dziewczyny- Julian, nazwany bohaterem meczu, jako pierwszy wyszedł z szatni. Choć zwracał się do ogółu, nie odrywał wzroku od Marthy.
-Może wyskoczymy gdzieś, razem na przykład na kawę?- zaproponował nagle. Popatrzyłyśmy na siebie z Iggie. Chce zostać z nią sam przeleciało mi przez myśl.
-Ja raczej nie mogę- zaczęła pogodnie Iggie- Innym razem?
Piłkarz kiwnął głową. Po chwili ze stadionu wyszli Marco, Mario i Robert w szampańskich humorach.
-Panie, gotowe na świętowanie?- Robert uśmiechnął się lekko i obejmując Anie ruszył w stronę samochodu.
-Już my wiemy jak wy będziecie świętować!- krzyknęła za nimi Iggie. Anka odwróciła się i pokazała nam język.
-Wy idźcie świętować- westchnął Mario- Ja mam poważne zadanie do wykonania, bo jestem ważnym człowiekiem.
Chciałam zapytać co to za sprawa ale Reus uciszył mnie wzrokiem. Domyśliłam się że zapewne chodzi o Ann, więc nie poruszałam drażliwego tematu.
-Zdzwonimy się potem co do imprezy, tak?- Martha sprowadziła mnie na ziemie- Chodź Nik, musisz mi pomóc.

*

-O co chodzi?
-Czy ty uważasz że ja podobam się Julianowi?
Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Bezceremonialność z jaką Martha zadała pytanie o Schiebera, rozbawiła mnie.
-Lata za tobą połowa Dortmundu, dlaczego on miałby nie być w tej połowie?
Dziewczyna westchnęła ciężko z miną męczennika.
-Dlaczego los pokarał mnie do cholery taką nieprzeciętną urodą?!
-Skromności to można ci pozazdrościć- mruknęłam ironicznie.

*

(Mario)
Włożyłem ostatnią koszulkę do walizki i zamknąłem ją. W głowie wciąż powtarzałem sobie jaki ma być przebieg tej rozmowy.
-Cześć ptysiu- Ann weszła do pokoju i pochyliła się by mnie pocałować, ale odepchnąłem ją- Coś nie tak?
-Tak. Coś jest nie tak.
-Masz jakiś problem? Coś ci nie poszło na treningu?
-Tak mam problem. Mam problem z tobą. I zdziwiłabyś się ale na treningu wszystko w porządku, gorzej w domu z moją obecną... A nie, przepraszam BYŁĄ dziewczyną- stwierdziłem, kładąc nacisk na odpowiednie słowo.
-Byłą? Ale o czym ty mówisz?- zdziwiła się. Prychnąłem.
-O tym co zrobiłaś na imprezie. Przypomnieć ci?
Ann przez chwile się nie odzywała.
-Nie żałuje że to zrobiłam, bo nie było to nic złego.
-Dla ciebie może i nie, ale dla mnie owszem. Jesteś zazdrosna o wszystko i wszystkich a ja mam tego dość. Możesz zniknąć mi z oczu raz na zawsze?
Zmierzyła mnie zimnym spojrzeniem.
-Obyś potem tego nie żałował.

****************************************************************
MACIE CIE UDŁAWCIE. NIE MIAŁAM POMYSŁU WIĘC JEST JESZCZE BARDZIEJ ŻAŁOSNE I DO DUPY NIŻ ZWYKLE.
PISAŁAM TEN ROZDZIAŁ PRZEZ 2 DNI A JEST MASAKRYCZNY. NORMALNIE ZAJĘŁOBY MI TO JAKIEŚ 20 MINUT.
IDE SIE "UCZYĆ"
PAAAAAAAAAAAAAAAA

niedziela, 7 kwietnia 2013

Rozdział 24


Promienie słońca wpadły przez okno, skutecznie mnie budząc. Odwróciłam się na bok, rozkoszując się wczorajszymi przeżyciami. Miałam wrażenie że wciąż czuje na swoich wargach smak i dotyk ust Mario. Podniosłam się gwałtownie z obawy że był to tylko piękny sen, jednak widok sukienki rzuconej na krzesło uświadomił mi że wczorajszy wieczór był prawdziwy. 
Zastanawiałam się czy Mario działał pod wpływem chwili, czy też dobrze wypił. Może zrobił to, nie będąc do końca świadomym swoich czynów? Gdyby pocałował mnie celowo, oznaczałoby to wkroczenie naszej znajomości na nowy, zupełnie inny poziom. 
Zerknęłam przelotnie na telefon. Wyświetlacz wskazywał godzinę 13, co skutecznie mnie otrzeźwiło. 
Wyszłam z pokoju i skierowałam się do kuchni, gdzie Iggie akurat połykała tabletkę przeciwbólową. 
-Kacyk?- uśmiechnęłam się ironicznie, wyciągając z niemal pustej lodówki sok. 
-Bywało gorzej- mruknęła, jednak uśmiechnęła się pogodnie na nowo odzyskując dawny optymizm- Ktoś będzie musiał zrobić zakupy- dodała po chwili. 
-Mhm. Właśnie patrze na tego kogoś.
-Zapomnij!- wykrzyknęła uciekając z kuchni- Ja dzisiaj pracuje

*

Nie chciało mi się wychodzić do sklepu, ale nie miałam zamiaru robić śniadanio-obiadu z niczego. Korzystając z okazji zgarnęłam ze sobą Piszczka, który z powodu kontuzji nie szedł na trening. 
Zaczęliśmy od zwykłego spożywczaka, w którym kupiłam najpotrzebniejsze rzeczy. Łukasz dzielnie nosił za mną zakupy. Byłam mu za to cholernie wdzięczna bo wątpiłam w to czy je uniosę, zwłaszcza że siatek wciąż przybywało. 
Wstąpiliśmy jeszcze do mięsnego. Za ladą pełną mięs stała wysoka kobieta o okrągłej twarzy i prostych włosach do ramion. Miała zgrabne usta, mały, lekko zadarty nosek i duże oczy, które przez cały czas spoglądały na piłkarza. 
-Pośpiesz się- szepnął mi do ucha- Ta kobieta dziwnie się na mnie patrzy.
Sprzedawczyni zmierzyła go rozmarzonym spojrzeniem, czego już po prostu nie wytrzymał. Podszedł do drzwi i już miał wychodzić gdy dziewczyna krzyknęła.
-Hey, zaczekaj!- Łukasz odwrócił się. Nim się zorientowałam kobieta rzuciła w niego plastrem szynki. Wędlina wylądowała na jego czole, zjechała po twarzy i spadła na ziemie. Piłkarz po prostu wybiegł ze sklepu, zamykając drzwi w ostatnim momencie. Na szybie wylądował następny kawałek mięsa.
Zmierzyłam dziewczynę rozbawionym spojrzeniem i też opuściłam sklep. Przed wyjściem usłyszałam tylko jak mruczy pod nosem. 
-Ja wcale się na niego dziwnie nie patrzyłam

*

(Mario)
-No co ty, Reus- krzyknąłem, uciekając przed strumieniem wody z bidonu kolegi. Biegłem przez prawie całe boisko, aż w końcu chłopak dopadł mnie i przewrócił na ziemie, oblewając jeszcze bardziej
-Nie szkoda ci tej wody, na mnie?- warknąłem. Na szczęście z pomocą przyszedł mi Lewy, który zakradł się od tyłu i wylał cały kubek napoju na głowę Marco. 
-Lewandowski, zabije cie!
-Ojej. Zmoczyłem twoją nienagannie ułożoną fryzurkę? Przepraszam- Robert zrobił niewinną minę i uciekł. 
-Iggie będzie zła- zacmokałem ironicznie. Na myśl o Iggie przed oczami pojawił się obraz Nikki wczorajszej nocy. 
-Ziemia do Goetze- przyjaciel pomachał mi ręką przed oczami- Odpłynąłeś na inną planetę.
-Przypuszczalnie planetę zwaną Dominika- krzyknął Nuri. 
-Chcielibyście, co?- popatrzyłem na nich z dezaprobatą.
-Kto ostatni w siłowni ten frajer- rzucił Reus rzucając się biegiem w stronę budynku. Nie odbiegł jednak daleko, bo przystanąłem mu na sznurówce. Marco leżał na trawie jak długi, podczas gdy ja zdjąłem mu buta. i odbiegłem.
-Miłego biegania!
-Mario, kretynie chodź tu!- usłyszałem za sobą błagalny głos kolegi. Odwróciłem się. Piłkarz skakał na jednej nodze w moim kierunku na co wybuchnąłem głośnym śmiechem. 
-Co ty robisz?- trener stanął za mną z wyrazem zdziwienia na twarzy.
-Zabieram buta Marco- wyszczerzyłem zęby i oddałem obuwie Kloppowi. 

******************************************************************
Dzisiaj trochę humoru :D
SŁABO TO OPISAŁAM I WG ALE SPRÓBUJCIE WYOBRAZIĆ SOBIE TAKĄ SYTUACJE. OSTRZEGAM GROZI TO NIEPOHAMOWANYM ŚMIECHEM PRZEZ JAKĄŚ CHWILKĘ. 
Pisałam to wczoraj przed dwie godziny. To najdłużej pisany rozdział do tej pory. PROSZĘ BYĆ DUMNYM Z MOICH OSIĄGNIĘĆ. Lece może jeszcze coś dzisiaj dodam. 

sobota, 6 kwietnia 2013

Rozdział 23



Odskoczyliśmy z Mario jak najdalej od siebie. Sytuacja była co najmniej krępująca. Cieszyłam się, że impreza odbywa się nocą, bo wszyscy zobaczyliby jak bardzo się rumienię.
-Fatyguje się tutaj, przynoszę tort dla obcej osoby i co widzę? Mojego chłopaka a do niego.. Przyssaną... Jakąś pijawkę- Ann pluła jadem i złością. Na moment wszystkie pary oczu zwróciły się na nas.
-Ann, proszę cie- Iggie wyszła z objęć Marco i podeszła do dziewczyny.
Ruda odsunęła się od niej i zmierzyła wszystkich wściekłym spojrzeniem, godnym bazyliszka. Pierwszy raz widziałam ją tak zdenerwowaną. Nie byłam pewna do czego jest zdolna w amoku. Przypuszczalnie nawet Mario nie znał swojej dziewczyny od tej strony.
-Ann, uspokój się- chłopak zbliżył się do niej powoli.
-Nie podchodź do mnie!- wykrzyknęła.
-Dziewczyno, uspokój się- nawet zabawowy Lewy, teraz stał poważny próbując jakoś załagodzić sytuacje. Mimo iż nic szczególnego się nie zdarzyło, czułam jak powietrze staje się ciężkie od panujących emocji. Oho. poleje się krew pomyślałam, w duchu modląc się jednak aby nikomu nic się nie stało. Nie wybaczyłabym sobie tego.
-Nie będziesz mi rozkazywał- Ann przymrużyła oczy.
-Może lepiej ją stąd wyprowadźmy, bo komuś coś się stanie- stwierdził ponuro Piszczek. Nikt jednak nie kwapił się do tego.
-Ann, o co ci chodzi tak w ogóle?- zapytałam nagle.
-O co?! On mnie zdradza!- wycelowała oskarżycielsko palec w Mario.
-Przestań. To był tylko zwykły taniec, nic więcej- stanęłam w obronie kolegi.
-Poza tym... Masz jakieś dowody mojej zdrady?- Goetze skrzywił się lekko.
-Mhm. Chyba swoje urojenia- zauważyła cierpko Martha.
-Coś ty powiedziała?- Ann rzuciła się w stronę Marthy z pięściami, ale piłkarze stojący obok szybko ją przytrzymali. Zastanawiałam się jak może się teraz czuć. Odrzucona, skompromitowana. Mimo wszystko nie było mi jej żal.
-Dosyć tego!- ostry ton głosu Iggie przerwał cisze jaka na chwile zapadła. Pierwszy raz słyszałam u niej taką złość. Najwyraźniej nie tylko Ann była zdenerwowana- Nie będziesz psuć tej imprezy swoją obecnością czy durnym zachowaniem. To ma być fajny dzień szczególnie dla Nikki, więc usuń się stąd bo inaczej pogadamy.
Ann zamarła w pół ruchu, co sprytnie wykorzystali Moritz i Julian, trzymający ją. Opuścili z nią dach, a po chwili mogłam zobaczyć ich na dole, jak prowadzą szarpiącą się dziewczynę do taksówki.

*

O północy, Iggie wpadła na dach z gitarą przewieszoną przez ramię, pchając tort. Zupełnie inny niż ten który przyniosła Ann. Ciasto Rudej prawdopodobnie zostało wyrzucone. Wszyscy ustawili się w kółko dookoła mnie i do melodii granej przez dziewczynę zaśpiewali sto lat.
W moich oczach na pewno pojawiły się łzy wzruszenia, ale nikt się nimi nie przejmował- nawet ja.
-Mam nadzieje, że wizyta Ann i jej zachowanie nie sprawiły ci zbytniej przykrości?- zapytał Mario. Staliśmy przy ogrodzeniu dachu, opierając ręce o barierkę. Właściwie musiałam sobie przypominać co stało się z jego dziewczyną, bo alkohol- którego jednak wcale nie wypiłam zbyt dużo- zrobił już swoje.
Ludzie wrócili do zabawy. Część gości tańczyła na parkiecie do jakiejś skocznej piosenki, pozostali natomiast siedzieli przy stolikach i gawędzili wesoło.
-Nie, jasne że nie. Zupełnie o tym zapomniałam- odpowiedziałam z uśmiechem wpatrując się w jego twarz. Oczekiwałam znanego mi już uśmiechu, ale chłopak wciąż był poważny.
-Strasznie mi za nią wstyd.- przyznał.
-Przestań- przerwałam mu- Nie miałeś na to wpływu, nie obwiniaj się.
-Ale...
-Żadne ale.
-Mimo wszystko chciałbym ci to jakoś wynagrodzić.
-Uparty jak zwykle- mruknęłam pod nosem. Piłkarz tylko uśmiechnął się lekko.- Nie musisz mi nic wynagradzać.
-Owszem muszę.
Nim zdążyłam się zorientować pochylił głowę, wziął moją twarz w dłonie i złożył na moich ustach czuły pocałunek.

***********************************************************
Mrau. Na dzisiaj to wszystko, musze napisać nowe rozdziały bo przez wczorajsze szaleństwo nie mam nic w zapasie :)
W bohaterach pojawiła się już Martha. Na razie nie odegrała tu zbyt wielkiej roli, powiedziała zaledwie kilka słów, ale ta dziewczyna jeszcze nieźle namiesza ^^

Rozdział 22



-Niespodzianka!
Patrzyłam na nich zdezorientowana. Co ty miało być?
-Iggie uświadom jej proszę jaki dziś dzień, bo dziewczyna chyba ma sklerozę- stwierdził Łukasz. Jego komentarz wywołał śmiech wśród zgromadzonych ludzi.
-Dzisiaj się twoje urodziny, gapo!- Iggie podbiegła do mnie z kolorowym pudełkiem. Moje oczy zrobiły się jeszcze bardziej zdziwione. Przy okazji zauważyłam że coraz częściej nazywa się mnie gapą. Mam nadzieje że nie takie będzie moje przezwisko pomyślałam, nie mogąc wyobrazić sobie sytuacji gdy ktoś mówi do mnie w ten sposób, zamiast używać mojego imienia lub jego skrótów.
-No, otwórz- szepnęła podekscytowana. Rozejrzałam się dyskretnie. Wszyscy utkwili we mnie swoje spojrzenia, ustawiając się jakby w kolejce do składania życzeń i wręczenia prezentu.
Nie mogąc dłużej znieść ich wyczekujących spojrzeń, podniosłam wieczko.
Na czarnym atłasie wśród zwojów folii bąbelkowej leżało małe białe urządzenie z czytelnym wyświetlaczem, kupą przycisków dookoła i gumowymi kółkami.
-To elektroniczny "uciekający" budzik. Nie wyłączy się dopóki nie klikniesz odpowiedniego przycisku a żeby to zrobić musisz wstać bo zwiewa. Folie możesz dać mnie- Iggie zaśmiała się, odebrała ode mnie pudełko i odłożyła je na pobliski- i jedyny pusty- stół.
Następny w kolejce, która sięgała już poza zasięg mojego wzroku, był Marco. Na tę okazje przyodział specjalną koszulę z nadrukowanym krawatem.
-No ten tego.. yy.. Wszystkiego najlepszego- mruknął wręczając mi torebkę. Doskonale rozumiałam jego skrępowanie. Sama bardzo nie lubiłam składać życzeń, wręczać prezentów, ale nie czułam się też dobrze w roli solenizantki. Odłożyłam prezent na stolik, nawet nie sprawdzając zawartości. Podskórnie czułam że ciekawska Iggie zrobi to za mnie.
Za blondynem w kolejce stała drobna dziewczyna. Nie patrzyła mi w oczy, wzrok utkwiła w ziemi. Miała jasne blond włosy i i nieco zadziorną twarz.
-O- Iggie odbiegła na chwilę od Reusa i doskoczyła do nas- Martha poznaj Nikę moją współlokatorkę, Nika poznaj Marthę moją znajomą ze szkolnych lat.
-Miło mi poznać- dziewczyna wyciągnęła zgrabną dłoń, którą uścisnęłam.
-Mnie również- nienawidziłam takich sytuacji. Przypominały troche te, kiedy poznawałam piłkarzy z Borussii za sprawą Iggie.
Martha zmierzyła mnie rozmarzonym spojrzeniem, które jednak szybko przerodziło się w coś innego. Taksowała mnie wzrokiem, jakby sprawdzając czy nadaje się na bycie współwłaścicielką Iggie i czy jestem wystarczająco dobra na znajomość z nią.
Miałam nadzieje że będę się z nią dogadywać równie dobrze jak z Iggie bo mimo swojego wrednego wyrazu twarzy, wydawała sie być całkiem sympatyczna.

*

Kolejka szła jakby własnym życiem. Nie miałam pojęcia że Iggie zaprosiła tylu ludzi. Byli to głównie piłkarze, których już znałam, ale nie sądziłam że ściągnie ich wszystkich tutaj.
Słońce już dawno skryło się za horyzontem, gdy nadszedł czas na ostatnią osobę. Osobę na którą czekałam przez całą kolejkę.
Mario uśmiechnął się nieznacznie i słodkim głosem złożył życzenia. Podał mi zapakowane w papier pudełko i usunął się w cień wracając do kolegów.
Więc moje towarzystwo jest aż tak nudne? pomyślałam rozgoryczona. Będąc skrępowanym nikt nie był sobą, ale chyba moja osoba nie była aż tak odstraszająca.
Cały stolik zawalony był prezentami. Najwyraźniej Iggie przewidziała taką sytuacje i zręcznie jej zapobiegła.
Z głośników leciała muzyka w rytm której poruszali się wszyscy na parkiecie. Gdy wynajęty na tę okazje DJ postanowił "nieco zwolnić", panie przylgnęły do swoich partnerów i objęte ramionami piłkarzy, kołysały się lekko.
Troche im zazdrościłam. Na szczęście nie tylko ja stałam samotnie przy szklanej barierce. Towarzyszyła mi Martha, spokojnie popijająca swojego szampana. Święcący na niebie księżyc, odbijał się lekko od jej czarnej sukienki, spowijając dziewczynę jakimś niezwykłym blaskiem.
-Nie chciałabyś tak potańczyć?- zapytała, wskazując głową na Iggie wtuloną w Reusa. Uśmiechnęłam się na ten widok.
-Może i bym chciała- odpowiedziałam wymijająco, postukując nerwowo obcasem.
Przyjrzała mi się badawczo. Na jej twarzy wykwitł grymas niezadowolenia.
-Ja też bym chciała
Prychnęłam lekko. Julian Schieber -który jakimś sposobem też został zaproszony- kilka razy prosił ją o choć jeden taniec, ale za każdym razem mu odmawiała, twierdząc że woli dotrzymać towarzystwa solenizantce. Schlebiało mi że zostaje ze mną a nie idzie się zabawić. Ja traktowałam ją troche inaczej- ostatecznie mnie nie wypadało odmówić, a zdarzyło się kilku- jak nie kilkunastu- chętnych do wyjścia ze mną na parkiet.
Piosenka powoli dobiegła końca a zaraz po niej puszczono coś szybszego, jednak po paru chwilach znowu usłyszeliśmy wolną balladę. Domyśliłam się że to Iggie, pragnie choć przez chwile przytulić się do Marco, najwyraźniej zdając sobie sprawę iż poprzednia spokojna melodia była jedyną i ostatnią. Nikt jednak nie zgłosił sprzeciwu.
-Zatańczysz?- Mario podszedł do mnie i uśmiechnął się słodko. W ciągu jednego wieczoru zobaczyłam ten wyraz twarzy już dwa razy, nie mogłam więc opanować drżenia serca, które mogło obserwować go godzinami. Kiwnęłam lekko głową, ze świadomością, że właśnie spełnia się urodzinowe życzenie.
Oparłam ręce na jego ramionach, on swoje umieściła na mojej talii. Zastanawiałam się jak to byłoby się do niego przytulić, kiedy on przyciągnął mnie bliżej i objął, tak jak obejmuje się kogoś ważnego, bliskiego. Nie protestowałam, rozpływając się w jego ramionach, korzystając z każdej okazji do kontaktu.
Minęli nas Iggie z Marco. Ta dwójka nie marnowała czasu i teraz nie kołysali się tylko w takt muzyki ale tańczyli. Wyjątkowo dobrze im to wychodziło. Płynęli jakby, ledwo dotykając stopami podłogi. Gdyby nie stukot szpilek Iggie, byłabym przekonana, że unoszą się kilka centymetrów nad ziemią. Czerwona sukienka dziewczyny krążyła dookoła niej, jakby żyjąc własnym życiem. Chciałabym tak tańczyć przeleciało mi przez myśl, zaraz jednak szybko ją od siebie odgoniłam. Po ojcu odziedziczyłam dwie lewe nogi, szczególnie jeśli chodziło o taniec, tak więc pozostałam przy spokojnym bujaniu się- co w sumie i tak było dużym wyczynem w moim wykonaniu.
Spokojny nastrój, przerwał dźwięk otwierających się drzwi, nikt jednak nie skończył tańczyć. Umieszczona w podłodze klapa, uniosła się. Najpierw wyłonił się ogromny tort, z wbitymi zimnymi ogniami i kilkunastoma świeczkami a potem ujrzałam rudą głowę Ann. Dziewczyna dostrzegła nas równie szybko jak my ją.
-Mario Goetze, żądam wyjaśnień!

*****************************************************************
Ta, da dam. 
Gdyby ktoś nie miał wyobraźni to dodaje zdjęcia dziewczyn i ich sukienek :) 

Nika

Iggie

Martha


P.S. Tyle sie z Igą naszukałyśmy tych sukienek a tu chyc i tyle. Nikt sie za pewne nie przejmie naszym trudem ;__;
P.S.2. Marta, mówiłam że będziesz ładna! 


Rozdział 21



Obudziłam się rano w zupełnie pustym mieszkaniu. Albo Iggie nie zdążyła jeszcze wrócić z nocnej eskapady, albo już wyszła. Biorąc wszystkie za i przeciw, doszłam do wniosku że bardziej prawdopodobna jest opcja pierwsza.
Wzięłam się za robienie śniadania. Nie zdążyłam nawet zrobić jednej kanapki, gdy usłyszałam zgrzyt klucza w zamku, a po chwili do mieszkania weszła Iggie.
-Dzień dobry- mruknęła ziewając przeciągle i przeciągając się jak kot. Rzuciła baletki i torebkę na ziemie i weszła do kuchni. Nalała sobie kawy do kubka i wskoczyła na blat.
-Widzę, że dla ciebie nawet bardzo dobry- zaśmiałam się.
-Oj nawet nie wiesz jak bardzo...
-Schadzka z królewiczem się udała?- zapytałam zaciekawiona.
Kiwnęła głową, odmawiając jednak ujawnienia szczegółów. Nie wypytywałam.
-A jak w pracy?
Spojrzałam na nią zdziwiona.
-Napisałam artykuł, jeśli o to ci chodzi.
-I tyle?
-Do tego ogranicza się moja praca. Piłaś?- już wcześniej czułam, że Iggie chyba nie jest do końca trzeźwa, ale pozostawiłam ten fakt bez komentarza.
-Trochę.
Dziewczyna zniknęła w pokoju, a ja w spokoju dokończyłam śniadanie.

*

Borussia grała mecz z Malagą. Jako że był to mecz wyjazdowy a ja nie pełniłam przy ich drużynie żadnej szczególnej roli, byłam zmuszona oglądać mecz przed telewizorem, podobnie jak Iggie której nie pozwolono pojechać ze względu na wypadek. Emocji nie brakowało. Mecz był trudny i zakończył się bezbramkowym remisem.
-Gratuluje meczu- rozmawiałam z Robertem przez telefon. On jedyny odebrał. Było mi trochę przykro bo nie dodzwoniłam się do Mario, ale ostatecznie miałam przecież tylko powiedzieć trzy słowa na temat meczu. Wiedziałam że szatyn i tak nie odbierze po tym co pokazał w czasie spotkania. Niemal czułam przeszywające go poczucie winy.
-Dzięki. Nie wiem jakim cudem jeszcze trzymamy się na nogach.- mimo dzielącej nas odległości wiedziałam że Lewy się uśmiecha. Mimo niezbyt dobrej gry, znalazł w sobie trochę optymizmu- To był trudny mecz.
-Zauważyłam- mruknęłam. Chciałam jeszcze dodać szkoda że sprzed ekranu telewizora, ale powstrzymałam się. Nie mogłam ich za to winić.
-Kończę bo chłopcy rozniosą hotel. Widzimy się jutro.

*

Leżałam sobie spokojnie na łóżku, czytając książkę i leniuchując przez cały dzień, gdy do pokoju wpadła Iggie z wieszakami.
-Ubierz się w to grzecznie a potem zrobimy cie na bóstwo.
Oderwałam wzrok od stron pokrytych drobnym druczkiem.
-Co?
-To co słyszysz.
-Ale. Czemu? Co to w ogóle za sukienka? Iggie ja...
-Nie pyskuj!- przerwała mi władczym tonem. -Wszystkiego dowiesz się wkrótce.
Przewróciłam oczami.
-Normalni ludzie o godzinie 17 raczej odpoczywają- mruknęłam pod nosem, wstając.
-Może. Ale ja nie jestem normalna, a skoro ty tutaj mieszkasz to też nie będziesz.
Wcisnęła mi w ręce kreacje i wepchnęła do łazienki.
Zrezygnowana zrobiłam to o co mnie poprosiła. Moja głowa pękała od pytań, ale zachowałam je wszystkie dla siebie, bo wiedziałam że i tak nie otrzymam na nie odpowiedzi. Nie od Iggie.
-Wiedziałam, że będzie do ciebie pasować. No już! Okręć się.
Przysunęła bliżej lustro, po czym po dokładnych oględzinach, ułożeniu fryzury i zrobieniu lekkiego makijażu podała mi szpilki i zakryła dłońmi oczy.
-Idziemy
-Iggie, co ty wyprawiasz do..
-Choć ten jeden raz o nic nie pytaj.
Pozwoliłam się prowadzić w nieznanym sobie kierunku. Starałam się nie stawiać oporu, ale niepewność nie dawała za wygraną. Czułam się dziwnie, prowadzona w nieznane. Kilka razy się potknęłam, prawie się zabiła, a nawet spadła ze schodów po których Iggie właśnie mnie prowadziła.
W końcu moja udręka skończyła się. Nie wiedziałam gdzie jestem, ale przeczuwałam że gdzieś na dworze, bo owiał mnie lekki wietrzyk.
Iggie odwróciła mnie przodem w stronę słońca, które teraz nieprzyjemnie raziło mnie, mimo zamkniętych oczu, jej rąk i faktu że już zachodziło. Dziewczyna zdjęła palce z mojej twarzy i odsunęła się.
-Odwróć się- szepnęła, jednak na tyle głośno by pomimo odległości mogła ją usłyszeć.
Wykonałam prośbę.
-Niespodzianka!

***************************************************************

piątek, 5 kwietnia 2013

Rozdział 20


(Iggie)
Zeskoczyłam z ostatniego stopnia i podbiegłam do drzwi. Otwarły się automatycznie, wyczuwając ruch w pobliżu.
-Ileż można czekać?- Marco uśmiechnął się leniwie i uniósł jedną brew. Wyglądał słodko, ale też figlarnie. Serce zadrżało mi ta ten widok. Dlaczego ty do cholery musisz być chodzącym ideałem? pomyślałam.
-Długo- uśmiechnęłam się.
-Na ciebie? Zawsze. Pani pozwoli.
Ujęłam go pod wystawioną rękę i razem ruszyliśmy w nieznanym kierunku.
Mimo iż niebo przesłaniała warstwa ciemnych, deszczowych chmur księżyc świecił jasno, nadając uśpionemu Dortmundowi jakiejś niewysłowionej magii i tajemnicy. Musiałam przyznać że spacer po ulicach miasta z tak cudownym towarzyszem jakim był Marco sprawiał mi dużą przyjemność. Nie wiedziałam jeszcze gdzie, ani po co zmierzamy ale pozwoliłam by blondyn prowadził mnie w nieprzeniknioną noc.
Nim się obejrzałam znaleźliśmy się z parku. Był ciemny, ponury i opuszczony- wcale nie uśmiechało mi się wchodzenie do niego. Wiatr świszczał złowrogo, drzewa niebezpiecznie uginały się jakby w niemym pokłonie przed jego siłą. Gdzieś w oddali usłyszałam hukanie sowy i dźwięki innych zwierząt grasujących po zapadnięciu zmroku.
Marco na pewno zauważył jak zaczęłam się trząść. Niestety XV- wieczny gentelman zniknął w cieniu zwykłego mężczyzny jakim był na co dzień i w ogóle zignorował mój strach, ciągnąc mnie lekko w stronę jednej z polan, od których aż roiło się w dortmundzkim parku.
-Ufasz mi?- zapytał podchodząc od tyłu.
-Marco, nie rozumiem.
-Ufasz?- powtórzył ze spokojem, w jego głosie wyczułam jednak pewne napięcie.
-Czy gdybym ci nie ufała, łaziłabym z tobą w nocy po parku?- zapytałam ironicznie, kiwając głową. Chłopak zawiązał mi arafatkę na oczach. Myślałam że wcześniej było ciemno
-Skoro mi ufasz to chodź- szepnął mi do ucha, ciągnąc za rękę.
Ruszyłam za nim. Czułam się jak bezbronne dziecko, które trzeba prowadzić przez życie. Jak krucha lalka, na którą wszyscy muszą uważać, bo pod tchnieniem delikatnego wiatru zginam się niebezpiecznie, blisko złamania.
Droga była krótka, pełna przeżyć. Brak wzroku wyostrzył pozostałe zmysły. Jeszcze lepiej słyszałam leśne szumy, zapach kwiatów i beton po którym niepewnie stąpałam.
-Już po wszystkim- Marco odwiązał arafatkę. Moim oczom ukazała się polana. Przez szparę między wysokimi konarami drzew, wpadało światło księżyca, oświetlając przygotowany wcześniej koc. Na rozłożonym materiale stało wino, dwa kieliszki i koszyk- prawdopodobnie- z jedzeniem. Jęknęłam z zachwytu. Stałam oniemiała wpatrując się w to wszystko. Chłopak musiał zadać sobie wiele trudu.
Ujął moją bezwładną rękę i poprowadził bliżej.
-Czasem trzeba zmarnować czas na niewłaściwą osobę, by dostrzec ogromne znaczenie tej innej.- mruknął, wpatrując mi się głęboko w oczy. Jego spojrzenie przewiercało mnie na wskroś. Miałam wrażenie że wyciąga z mojej głowy wszystkie informacje.
Rozumiałam co miał na myśli. Choć sama nigdy nie przeżyłam tego co on, tamtej nocy, poczułam się z nim związana bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.


*

(Marco)
Jak nigdy cieszyłem się z zerwania z Carolin. Blondynka, w której kiedyś widziałem potencjalną narzeczoną, swoim odejściem uświadomiła mi jak małą role odgrywała w moim życiu. Była tylko elementem szczęśliwego obrazka. Zabrakło jej i choć mogłem mieć każdą na wyciągnięcie ręki, ja nie chciałem zapełniać jej miejsca byle kim. Przez krótki czas zastanawiałem się, czy w ogóle chce kogoś wstawiać w jej miejsce. A potem podświadomość jakby przypadkiem podsunęła mi widok Iggie. Uśmiechniętej, pełnej życia, z radosnym blaskiem w figlarnym oku.
Byłem zły sam na siebie. Było mi też cholernie wstyd. Dlaczego Carolin musiała odejść, bym dostrzegł jak ważna jest dla mnie Iggie?
Nie wiedziałem. Z biegiem czasu, zacząłem też rozumieć że nie zależy mi by się tego dowiedzieć. Iggie była ważna. Najważniejsza.
I teraz gdy wreszcie to zrozumiałem, nie zamierzałem dopuszczać do jej odejścia. Zamierzałem trzymać ją w ramionach aż do skończenia świata. Nawet tornado, nie zdołałoby mi jej teraz odebrać.

****************************************************************
Za wcześnie sie to rozwiązało, ale jeszcze namieszam, nie martwcie sie.
Rzygacie już tęczą? HEHEHEHEHEE, BO JA CZYTAJĄC TO PO PROSTU WRĘCZ PŁAKAŁAM.

Rozdział 19


(Iggie)
-Może by wybrać łatwiejszy instrument- mruknęłam łapiąc odpowiedni chwyt. Nika nauczyła mnie podstaw gry na gitarze, ale miałam jeszcze problem z szybką zmianą chwytów.
-A ty dalej to ćwiczysz?- Nika weszła do pokoju owijając się szlafrokiem. Kiwnęłam lekko głową. Dziewczyna podeszła bliżej, odebrała mi instrument i schowała go do szafy.
-Jest 22. Sąsiedzi będą się skarżyć że zakłócasz nocną cisze- mruknęła. Przewróciłam oczami. Dziewczyna uśmiechnęła się i wróciła do swojego pokoju.
Wyszłam na balkon. Niebo przysłoniły ciemne chmury i tylko lekka łuna światła za jedną z nich, pozwalała na określenie położenia księżyca.
-Pss- głośny szept, przerwał nocną cisze. Rozejrzałam się dookoła. To na pewno Nika, robi mi durny dowcip pomyślałam. Po chwili jednak, głos znowu się powtórzył.
-Na dole!
Wychyliłam się za barierkę.
Pod balkonami stał mężczyzna, który energicznie machał ręką.
-Marco?- rzuciłam w przestrzeń.
-Nie, święty Mikołaj.- stwierdził ironicznie- Taka piękna noc. Chodź.
-Ale gdzie?
-Nie zadawaj durnych pytań, tylko chodź

*

(Nikki)
-Wybierasz się gdzieś?- siedziałam na kuchennym krześle, z powodu późnej godziny na wpół przytomna. Obserwowałam jak Iggie zakłada buty i przerzuca przez ramie torebkę.
-Tak, ale nie martw się za niedługo wrócę.
-Nie martwię się. Po prostu mnie ciekawi kto jest tym wybrańcem, którego zaszczycisz swoim widokiem o 22- mruknęłam. Iggie wystawiła język i zniknęła za dębowymi drzwiami.
-Nie czekaj na mnie z kolacją!
Jakbym miała zamiar pomyślałam, zamykając za nią drzwi. Podeszłam do okna. Nie chciałam być wścibska, ale zastanawiało mnie kto obecnie jest jej królewiczem.
Teraz gdy byłam pobudzona wyjściem Iggie, wiedziałam że nie zasnę. Załączyłam laptopa i sprawdziłam pocztę, na którą redaktor wysłał temat artykułu. Czym prędzej wzięłam się za pisanie go.
Moja praca, była jedną z łatwiejszych. Iggie śmiała się że zarabiam praktycznie za nic. Zakres obowiązków obejmował: napisanie dwóch artykułów na wybrany przez naczelnego temat, przeprowadzenie jednego wywiadu który powinien zostać użyty w tekście, ale jeśli byłoby inaczej to staje się on ogólnodostępny dla wszystkich redaktorów i korekta kilku materiałów dawanych przez szefostwo. Praca była lekka i dla osoby lubiącej redagować bardzo przyjemna. Większość mi jej zazdrościła bo nie musiałam nawet wychodzić z domu- kolejny plus, który bardzo mi odpowiadał. Cieszyłam się z tego szczególnie wtedy, gdy została poinformowana iż Ann również pracuje na podobnej posadzie. Nie miałam ochoty się z nią widywać. Nie przepadałyśmy za sobą, więc prawdopodobnie ona też była zadowolona, że nie siedzę w biurze.
Po godzinie byłam już zmęczona ale też zadowolona. Tekst napisałam bardzo szybko, zajmując się potem tylko poprawą drobnych błędów.
Zasnęłam na długo przed przyjściem Iggie.

***************************************************************


Rozdział 18


Pierwszy raz od mojego przyjazdu do Dortmundu wyjęłam z walizki laptopa i włączyłam go. Wraz z nim, uruchomiło się tysiące aplikacji, ściągniętych jeszcze w szkole- w tym skype. Zadowolona przejrzałam listę dostępnych osób, zastanawiając się do kogo zadzwonić. Ostatecznie wybrałam przyjaciółkę, nazywaną przez wszystkich dortmundzką pszczółką Mają.
-Ładnie to tak się nie odzywać?- na ekranie monitora ukazała się jej uśmiechnięta twarz. Była bardzo pogodną osobą, śmiała się przez cały czas. Uwielbiałam z nią rozmawiać i przebywać w jej towarzystwie- zawsze przynosiło to poprawę humoru.
-Przepraszam Maja, ale nie mam jakoś do tego głowy- odpowiedziałam przepraszającym głosem.
-Domyślam się przez co teraz przechodzisz. Obecnie jestem w Warszawie. Przyjeżdżałam tutaj żeby się z tobą spotkać, ale kiedy przyszłam do was twoja mama powiedziała mi że nie ma cie w stolicy.
Kiwnęłam głową.
-Gdzie ty tak w ogóle jesteś?- dziewczyna wskazała na ścianę za mną i przeczesała palcami rude włosy.
-Na razie siedze w Dortmundzie i szybko się stąd raczej nie wyprowadzę. Mam tu prace i dom nad głową, a znajomi są świetni. Nikt, nawet siłą nie zmusi mnie żebym wróciła do Polski.
Maja zasępiła się nieco.
-Coś nie tak?
-Nie po prostu, chciałabym mieć tyle szczęścia co ty.
-Nie rozumiem?
-Dziewczyno!- w Mai wybuchła taka frustracja iż miałam wrażenie, że gdyby nie dzielące nas kilometry to wyskoczyłaby z monitora i mocno mną potrząsnęła- Siedzisz sobie w ciepłym mieszkaniu, masz pracę i jesteś w mieście do którego zawsze chciałam pojechać.
Nagle zrobiło mi się jej żal. Dziewczyna nigdy nie miała łatwo. Zawsze podziwiałam ją za ten optymizm, który był chyba jedyną rzeczą która trzymała ją przy życiu. Mimo przeciwności losu z jej twarzy nie schodził uśmiech.
-Na pewno tobie też się kiedyś uda spełnić marzenia- mruknęłam pocieszająco. Oczy Mai rozbłysły wesołym blaskiem.
-Oczywiście, trzeba tylko wierzyć w siebie i dążyć do ich spełnienia.

*

-Marco rozstał się z Carolin, Marco rozstał się z Carolin- Iggie wpadła na balkon i odtańczyła dziki taniec radości. Zamyślona dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z jej słów. Marco i Carolin rozstali się. Sens tego zdania jeszcze do końca do mnie nie dotarł, ale cieszyłam się z Iggie jak głupia i tańczyłam razem z nią.
-Jeszcze nigdy się tak bardzo nie cieszyłam.- uspokoiła się i oparła ręce o barierkę na balkonie. Utkwiła wzrok w zachodzącym słońcu. Uśmiechnęła się błogo.
-Czyli co? Plan "Marco będzie moim mężem"* rusza od nowa?- zapytałam, stając obok niej.
-On nigdy nie ustał. Teraz rusza z jeszcze większą parą- mrugnęła porozumiewawczo i weszła do środka.
A może by tak Mario i Ann też się rozstali? 

*********************************************************

*Ten plan to of course tylko na potrzeby opowiadania, bo to logiczne że on już jest twoim mężem. 

Rozdział 17




(Marco)
Wybiegłem za obrażoną Carolin, zupełnie zapominając o Iggie. Dziewczyna siedziała na korytarzu i wpatrywała się w niebieską ścianę.
-Zapominasz się? Matka cie nie kocha, Reus?- warknęła gdy podszedłem bliżej.
-O co ci chodzi?
-O co mi chodzi?- powtórzyła z ironią- Jakim ty jesteś dzieckiem. A o co może mi chodzić?
-Skąd mam to wiedzieć?- powoli zacząłem tracić cierpliwość. Kłótnie z Carolin zawsze miały to do siebie, że mówiła szyfrem, mając pretensje o brak zrozumienia.
-Zastanów się.
-Czy ty masz jakiś problem?
-Tak mam ich wiele!- wykrzyknęła, gwałtownie podnosząc się z krzesła- Denerwowało mnie, gdy spędzałeś tyle czasu z Iggie, ale starałam się ją tolerować. Ale tego się nie da zrobić, rozumiesz? Teraz gdy przyjechała ta cała Dominika, nie mogę jej znieść jeszcze bardziej, a tej nowej wprost nienawidzę.
Przyjrzałem się jej zdziwiony. Wcale nie znała ani Iggie ani Nikki, nie mogła wiedzieć jakie one są naprawdę. Denerwowało ją to, że spędzam z nimi tyle czasu, zapominając o niej. Przeczesałem wszystkie wspomnienie w poszukiwaniu jakiegoś dowodu i faktycznie, ostatnio dosyć ją zaniedbałem, ale nie było to tylko wina dziewczyn.
-Carolin, przepraszam...- zacząłem, mając nadzieje że mi wybaczy. Zależało mi na niej i mimo iż ostatnio nam się nie układało, nie chciałem jeszcze kończyć naszej znajomości- szczególnie w szpitalu.
-Wiesz co? Ja już po prostu nie mam ochoty tego słuchać. Ona albo ja, ale ty zdaje się już zadecydowałeś. Mam dosyć Marco, rozumiesz? Dosyć! Już wcześniej chciałam to zakończyć, bo widzę jak się ze mną męczysz
-O czym ty mówisz?- przerwałem jej, ale ona niezrażona w ogóle nie zwróciła na to uwagi. Patrzyła mi prosto w oczy a na jej ustach dostrzegłem ironiczny uśmieszek.
-Mam powody by sądzić, że mnie zdradziłeś. Albo z Iggie albo z tą drugą. To wystarczające usprawiedliwienie rozpadu naszego związku. To koniec.
Patrzyłem osłupiały w miejsce w którym jeszcze przed chwilką stała Carolin. Zależało mi na niej i wydawało mi się, że powinienem choć trochę smucić się z powodu zerwania, ale było wręcz przeciwnie. Byłem lekki i pogodny, poczułem jakby nagle odebrano mi poważny ciężar z barków. Może Carolin miała racje? Jej odejście, wiązało się z odejściem jakiejś części mnie- zdążyłem się do niej przywiązać, w końcu tyle czasu byliśmy razem. Od dawna jednak czułem że to nie to samo. Teraz odebrano mi od nogi kulę, która ciążyła już długo i byłem z tego zadowolony.
Na początku cieszyłem się z każdej chwili spędzonej przy blondynce, a potem stała się ona niezauważalną częścią mojej normalności. Prawdopodobnie gdyby jej zabrakło, nawet bym tego nie zauważył.
-A i jeszcze jedno- dziewczyna wróciła gwałtownie- Chce się od ciebie odizolować, więc nie dzwoń i nie pisz.
-Nie miałem najmniejszego zamiaru- odpowiedziałem i wróciłem na sale Iggie.


*

Następnego dnia, zdrowa Iggie opuściła szpital. Przyjechaliśmy po nią razem z Mario i Robertem, bo tylko ci dwaj zostali zwolnieni z treningu. Dziewczyna nie mogła znieść faktu, że ominie ją okazja do robienia zdjęć, ale ponieważ skarżyła się na lekkie bóle głowy nie pozwoliliśmy jej pracować przez najbliższy czas.
-Jak dobrze być w domu- westchnęła, opadając na kanapę w salonie. Porwała pilota i szybko załączyła telewizor.
-Nie było cie tylko jedną noc.
-Ale i tak się stęskniłam.
-Mhm. Chyba za telewizorem. Nie pozwolili ci oglądać ulubionego serialu prawda?
Dziewczyna zmarszczyła się lekko i pokręciła głową. Leżała przez chwilę na kanapie wpatrując się w migoczący ekran a po chwili sfrustrowana wyłączyła go.
-Naucz mnie grać na gitarze.
Popatrzyłam na nią zdziwiona. Na jej ustach błąkał się uśmiech a oczy tliły się nienaturalnym blaskiem.
-Czego oni ci dosypali w tym szpitalu?
Wzruszyła ramionami i powtórzyła.
-Naucz mnie grać na gitarze.
-Ja sama nie umiem grać.- wyznałam.
-Umiesz i nie wmawiaj mi że nie- mruknęła, podchodząc do szafy i wyjmując z niej instrument.
Wzniosłam oczy do nieba. Z jej uporem trudno było wygrać. Podała mi gitarę.
-Na początek sto lat- uśmiechnęła się przypatrując moim dłoniom.
-Chcesz to wykorzystać na imprezie?- zapytałam
-Weź już skończ z tą imprezą- przewróciła oczami- Mówiłam ci że nic mi na taki temat nie wiadomo.
Wzniosłam oczy do nieba. Nauczyła się kłamać pomyślałam.
-Ja sama nie umiem grać- przedrzeźniła mnie- Właśnie widzę. No dalej. Co jeszcze znasz?
Takim właśnie sposobem grałam przez następne 15 minut. Dopiero gdy stwierdziłam iż słuchając i patrząc niczego się nie nauczy, odebrała mi instrument z nadąsaną miną

*********************************************************************
MACIE SIE UDŁAWCIE WIĘCEJ NIE DODAJE BO JEST ZAPOWIEDZIANE 5.
LOL, POZDRO, NARA.




Rozdział 16


(Mario)

Patrzyłem na całe to zbiegowisko jak sparaliżowany. Strach o życie dziewczyny sprawiał że nie mogłem się ruszyć.
Nika ruszyła do dziewczyny w biegu zdejmując rolki. Rzuciła się na kolana przy poszkodowanej, sprawdzając oddech, puls i przytomność. Obok niej stał kierowca samochodu, który już wzywał karetkę.

*

-Nie ma żadnych poważnych uszkodzeń.- zawyrokował lekarz po zbadaniu. Pomoc przyjechała bardzo szybko, a do tego czasu wszyscy już staliśmy przy Iggie.
-Czyli nic jej nie będzie?- zapytała Nikki słabiutkim głosikiem. Szlochała spazmatycznie, nie umiała zaczerpnąć oddechu i drżała na całym ciele. Objąłem ją i przygarnąłem do siebie. Miałem wrażenie że trzymam w ramionach kruchą istotkę, która w każdej chwili może się złamać.
-Jedziemy?- zapytał Marco. W rękach trzymał już kluczyki z samochodu. Kiwnąłem lekko głową, prowadząc dziewczynę do jego auta.
Przez całą drogę nikt z nas się nie odzywał. Prawdopodobnie wszyscy mieli wyrzuty sumienia, choć nikt nie wiedział, że tak może się zakończyć przechodzenie przez drogę.
Dominika nadal płakała, ale już znacznie ciszej, spokojniej. Po jej porcelanowych policzkach ciekły łzy i od czasu do czasu pociągała jeszcze nosem, ale zdecydowanie uspokoiła się odkąd lekarz zapewnił, że nic poważnego się nie stało. Na pewno się obwiniała. Tak samo jak każdy z nas. Przecież to my powinniśmy podejść do niej myślałem gorączkowo. Ale była opcja że zakończy się to tak samo. Dlatego po pewnym czasie przestałem wsłuchiwać się w głos sumienia, wmawiając sobie że była to stuprocentowa wina kierowcy, który jechał za szybko- w sumie było to prawdą.

*

(Nika)

-Ciesze się że jesteście- rozświergotana Iggie nawet na szpitalnym łóżku, podpięta do tysiąca różnych monitorów nie traciła nic ze swego optymizmu.
Głupio się teraz czułam płacząc. Ostatecznie wypadek nie był taki poważny na jaki wyglądał. Teraz wiedziałam że zachowałam się zbyt pochopnie, ale czułam, że łzy zmyły częściowo poczucie winy.
-Nic ci nie jest?- Marco podbiegł do niej jako pierwszy, wziął jej twarz w dłonie i zaczął się jej dokładnie przyglądać.
-Nie, nie. To nic groźnego. Posiedzę sobie tutaj do jutra a potem mnie wypisują- uśmiechnęła się radośnie, przywołując nas gestem ręki. Leżała sama w szpitalnej sali, więc pozajmowaliśmy wolne łóżka.
-Wypadek wyglądał poważnie- mruknął Mario, przeocznie zerkając na mnie.
-Ale na całe szczęście taki nie był. Przestańcie wreszcie marudzić,
-Marudzić? My się po prostu o ciebie martwimy- mruknęłam. Dziewczyna zmierzyła mnie rozbawionym spojrzeniem.
-Miło mi to słyszeć.
Do sali ktoś zapukał. Wszyscy jak jeden mąż odwrócili się w kierunku drzwi, przez które właśnie wchodziła Carolin.
-Iggie!- dziewczyna podbiegła do łóżka, z udawaną troską. Przewróciłam oczami. Robi się z niej coraz to lepsza aktorka pomyślałam, wiedząc jednak że niektórzy darzą ją sympatią i że jest wybranką Reusa, powstrzymałam się od zgryźliwej uwagi.
-Tak strasznie się o ciebie martwiłam. Co się stało?
-Chyba wiesz, skoro tutaj przyjechałaś- mruknęłam pod nosem. Dziewczyna odwróciła się w moim kierunku i zmierzyła mnie spojrzeniem pełnym pogardy. Prychnęła rozeźlona i opuściła salę. Zdezorientowany Marco wybiegł za nią, a ja zobaczyłam tylko jak Iggie odwraca smutny wzrok w stronę ściany.

*********************************************************
Ide sie powiesić na sznurówce, ok.
JAK DALEJ TAK PÓJDZIE TO DZISIAJ DODAM WSZYSTKIE ROZDZIAŁY JAKIE MAM NAPISANE Z GÓRY, LOL. IGA TO PRZEZ CIEBIE!
A MOŻE MARTHA NIE NADĄŻA, CO? TY WREDNA EGOISTKO!


Rozdział 15


Mario spał na kanapie w salonie. Nie był chyba świadomy, że obydwie z Iggie uważnie go obserwowałyśmy. W moim przypadku był to raczej czysty zachwyt nad jego urodą, ale szatynka obmyślała plan. Nie byłam jeszcze pewna po co. Jak dla mnie najprostszym wyjściem było po prostu tam pójść i dowiedzieć się co jest przyczyną takiego dziwnego zachowania, ale w ciągu tych kilku dni zdążyłam zauważyć że Iggie jest osobą która lubi sobie wszystko komplikować.

*

Do mojej świadomości wdarł się głośny, denerwujący dźwięk. Zaskoczona podniosłam się po pozycji siedzącej i wyłączyłam budzik, według którego była już 8.
Zadziwiające jak szybko zasnęłam. Przypuszczałam że będzie to kolejna nieprzespana noc a tym czasem zasnęłam krótko po tym jak się położyłam. Mało tego- sen był tak przyjemny a łóżko tak wygodne, że nie miałam ochoty wstawać. Zapach smażonego omleta jednak skutecznie mnie zmotywował i już po chwili siedziałam na wysokim kuchennym krześle z kubkiem kawy w ręku, obserwując jak Mario krząta się przy kuchence.
-Nie wiedziałam, że potrafisz gotować- stwierdziłam w duchu żałując że wszyscy poza mną mają zdolności kulinarne. Moje umiejętności gotowania ograniczały się do podstawowego minimum, które opanowane miał każdy.
Chłopak parsknął śmiechem.
-Ja też nie.
Podał mi talerz z jajkiem i zajął miejsce na przeciwko.
-Nie czekamy na Iggie?
-Wyszła już.
Podniosłam wzrok znad śniadania.
-Wyszła?
Kiwnął lekko głową i zajął się jedzeniem. Zdziwiłam się. Iggie była osobą, która nie otwierała oczu przed 9, nie mówiąc o opuszczeniu mieszkania.
Czując jak żołądek zwija mi się w ciasny supeł z głodu, ja także zaczęłam jeść. Z ręką na sercu mogłam przyznać że w życiu nie jadłam nic lepszego. Dobrze doprawione ciasto było miękkie i lekkie, dało się wyczuć nutę bazylii i suszonych pomidorów a roztopiony na górze żółty ser dodawał nieco pikanterii*.
-Robisz dzisiaj coś konkretnego?
Wzięłam naczynia i umyłam je.
-Chyba nie...- odpowiedziałam przypatrując się piłkarzowi- Dlaczego pytasz?
-Bo pomyślałem, że moglibyśmy się gdzieś wybrać...
-Całkiem dobry pomysł- odparłam bez chwili namysłu.
-W takim razie widzimy się w parku przy stadionie za pół godziny. Nie zapomnij założyć rolek.

Propozycja Mario bardzo mnie zdziwiła. Cy on dobrze sie czuje? Na rolki?
Cieszyłam się że Iggie miała swoje w szafie. Po telefonie i szybkiej rozmowie, pozwoliła mi je pożyczyć. W przeciwnym razie musiałabym poinformować piłkarza o odwołaniu spotkania a tego nie chciałam. Zależało mi na każdej okazji do zbliżenia się do niego. Nawet jeśli nie mogłam być jego dziewczyną, mogłam być przyjaciółką, koleżanką, dobrą znajomą.
O 9.30 dojechałam do "przystadionowego" parku. Mario już na mnie czekał.
-A czy ty przypadkiem nie masz dzisiaj treningu?
-Może- zawadiancko uniósł lewą brew- A może nie.
Przewróciłam oczami i szturchnęłam go lekko.
-Jedziemy?

*

Przejechaliśmy cały park dwa razy. Mijani ludzi trochę dziwnie się na nas patrzyli, ale ostatecznie zignorowaliśmy to. Musieliśmy zachowywać się nieco nienormalnie więc, nie mieliśmy im za złe spojrzeń pełnych dezaprobaty.
Wyjechaliśmy wejściem bliżej centrum. Ze stadionu akurat wychodziła Iggie w otoczeniu grupki chłopaków. Pomachałam jej ręką. Dziewczyna oddaliła się od piłkarzy i ruszyła w naszym kierunku.
Zatrzymała się przy pasach i uważnie rozejrzała. Wkroczyła na jezdnie, jednak w ostatnim momencie zza zakrętu z ogromną szybkością wyjechał samochód. Kierowca widząc ją na drodze zaczął zwalniać, ale to nie powstrzymało wypadku. Sparaliżowana stała na środku, nie będąc w stanie się ruszyć. Nikt nie był w stanie jej uratować.
Pojazd uderzył w nią. Po chwili leżała już nieprzytomna na ziemi...

************************************************************
MUAHAHAHAHAHA JESTEM WREDNA ;___;
MACIE I SIE TYM UDŁAWCIE.

*OPISU OMLETA NIE WYMYŚLIŁAM SAMA. JEST ON NIECO PRZEKSZTAŁCONY, ALE WZIĘTY Z BLOGA TAKIEJ JEDNEJ DZIEWCZYNY



Rozdział 14


Stałam oniemiała w progu drzwi. Zapewne runęłabym na ziemie jak długa, gdyby nie fakt iż trzymałam się klamki. Odsunęłam się lekko wpuszczając piłkarza do środka.
-Nika, kto przy...- słowa zamarły w ustach Iggie- Co ty tutaj robisz?
Chłopak nie odpowiedział. Pytanie nie było zadane z żadną pretensją, raczej ze szczerą troską, ale najwyraźniej onieśmieliło go. A może po prostu się wstydził?
-Mario: co się stało?- Iggie nie odpuściła i ponownie zadała pytanie. Sądząc po jej wyrazie twarzy była nawet w stanie wyciągnąć odpowiedź siłą. W tym momencie jak nigdy cieszyłam się z jej uporu.
-Ann nie chce mnie wpuścić do mieszkania- mruknął. Rozbawiona spojrzałam na szatynkę, ale nawet się nie uśmiechnęła. Wiadomość Mario przyjęła bardzo poważnie i teraz z jeszcze większym wyczekiwaniem się w niego wpatrywała.
-Dlaczego niby?
-Skąd mam to wiedzieć? Nie siedzę w jej durnej głowie- pierwszy raz usłyszałam jak Mario wyraża się w taki sposób o swojej ukochanej. Może przestała już nią być? W sercu zakorzeniła się jakaś nowa nadzieja, ale zniknęła równie szybko jak się pojawiła. Nie obiecuj sobie zbyt wiele przypomniałam.
-Nie masz żadnych podejrzeń?
Chłopak zmierzył ją zdziwionym spojrzeniem.
-O przyczyny, takiego zachowania.
-Marudziła coś wczoraj o mojej rzekomej zdradzie- opadł ciężko na kanapę i kontynuował- Nie mówiła wam nic? Boże, co ona sobie znowu ubzdurała?
-A przyszedłeś tutaj, ponieważ...?
-Tutaj miałem najbliżej.
Iggie uśmiechnęła się lekko. Domyśliłam się, zapewne jak i ona, że to nie jedyny powód przyjścia akurat do tego mieszkania. Oby dwie doskonale wiedziałyśmy że Robert mieszka znacznie bliżej niż my, ale najwyraźniej Mario nie chciał przeszkadzać narzeczonym.
-Możesz tutaj przenocować- wyszła z propozycją. Chłopak nagle ożywił się nieco, jakby od długiego czasu oczekiwał takiej oferty- A jutro pójdziemy wyjaśnić sprawę z mieszkaniem, dobrze?
Piłkarz kiwnął tylko głową i ruszył w stronę łazienki.
Iggie zajęła się przygotowywaniem ciepłego napoju a ja wyszłam z propozycją o zrobienie jakiegoś posiłku. Dziewczyna kiwnęła głową i zniknęła w pokoju.
Zajęłam się robieniem kanapek, ale nie robiłam tego zbyt długo. Smarując ostatnią kromkę chleba masłem, nieszczęśliwie przecięłam palec.
-O cholera- syknęłam. Rozcięcie nie było głębokie, więc zajęłam się zwykłą procedurą.
W chwili gdy miałam zakładać bandaż, Mario wyszedł z łazienki. Widząc, jak nieudolnie odcinam plaster, podbiegł i sam go założył.
-Musisz być ostrożniejsza, gapo- szepnął. W normalnych okolicznościach obraziłabym się za gapę, ale w jego wykonaniu było to przepiękne słowo. Mógłby mnie nawet nazwać kretynką a ja i tak cieszyłabym się jak głupia.
-Dzięki- mruknęłam, gdy skończył. Podniósł wzrok znad mojej ręki i popatrzył mi głęboko w oczy. Świat zaczął wirować, powietrze stało się gęściejsze a między nami coś zaiskrzyło.
Jakby działając pod impulsem zaczął pochylać się lekko, tak jak robią to mężczyźni chcąc pocałować swoją dziewczynę. Stałam w bezruchu oszołomiona tym co się dzieje.
Niechybnie doszłoby do czegoś więcej gdyby nie Iggie, która wybiegła z pokoju jak strzała.
-Mario, mam ci do pokazania zdjęcia z treningu!- chłopak odskoczył jak poparzony. Ja także odsunęłam się lekko, wracając do wcześniejszego zajęcia- tym razem o wiele ostrożniej. Byłam zwrócona tyłem do Iggie, więc miałam nadzieje, że nie zobaczy jak bardzo się zarumieniłam.
-Chyba wam w niczym nie przeszkodziłam?- przyjrzała nam się, z uśmiechem na ustach. Parszywa szujo, doskonale wiesz, że tak! zaśmiałam się w duchu. Miałam wrażenie, że Iggie celowo doprowadziła do takiej sytuacji. Nie wiedziałam jeszcze jaki był cel, ale tamtego wieczoru, postawiłam sobie za punkt honoru, dowiedzieć się jak najwięcej o jej tajemniczych zamiarach. Może miała ich więcej?

**************************************************************
Na prośbę i nalegania czytelniczek :*******

Rozdział 13


-Wszystko gra?- zaniepokojona Iggie, złapała mnie za brodę i popatrzyła głęboko w oczy.
-Mmm... Jasne- mruknęłam i zniknęłam w swoim pokoju.
Głupio mi było odtrącać jej szczerą troskę. Doceniałam że tak bardzo się o mnie martwi ale w obecnej chwili nikt nie mógł mi pomóc.
Byłam zdruzgotana tym co zobaczyłam. Wiedziałam, że niepotrzebnie robiłam sobie złudną nadzieje, ale mimo wszystko nocny widok zabolał. Ukłuł w serce z taką siłą iż miałam wrażenie że rozpadło się ono na części.
-Nikki, czy tu chodzi o Mario?
Niepewnie pokręciłam głową. Dziewczyna popatrzyła na mnie ze szczerym współczuciem, jakby wiedząc co się święci, ale widząc że nie jestem w nastroju ewakuowała się z pokoju.
-Jeśli zechciałabyś pogadać to jestem u siebie.
Kiwnęłam lekko głową, zakrywając głowę poduszką. Powinnaś teraz pisać artykuł a nie marzyć o Mario. Postanowiłam, że przystanę na opcje cichego głosiku w głowie.
Jak postanowiłam tak też zrobiłam i już po niecałej godzinie napisany tekst został wysłany mailem do redaktora naczelnego.

*

-Chcesz cały dzień przesiedzieć w domu?- Iggie weszła do pokoju dzierżąc w ręce parasol. Jej mina mówiła wyraźnie, że nie ma ochoty nigdzie wychodzić w tą ulewę, która jeszcze dwadzieścia minut temu była pięknym słońcem.
-Owszem.
Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
-Nie bądź wredna. Skoro ja muszę wyjść to ty też
-Nikt nie chce wychodzić w taką pogodę- mruknęłam, jednak grzecznie wstałam z łóżka.
-Nie marudź!- fuknęła- Kupie ci pączka.
-Wiesz, że nie jem pączków.
Jej oczy zrobiły się okrągłe jak pięciozłotówki.
-Jak, można nie jeść pączków?!
-Normalnie?
-Żadne normalnie! Przy mnie nauczysz się je jeść, po prostu je pokochasz.
Przewróciłam oczami, ale wyszłam za nią z pokoju.

*

Deszcz przestał padać. Chmury ustąpiły i choć jeszcze gdzieniegdzie dało się je dostrzec, na niebie królowały ostatnie ciepłe promyki słońca. Ulice wciąż były mokre, wszędzie było pełno kałuż, a na chodniki wyłaziły dżdżownice i ślimaki wywabione wilgocią.
Dortmund opustoszał. Ludzie raczej siedzieli w suchych mieszkaniach delektując się późnym popołudniem, ale wiele z nich popijało kawę w kawiarniach, które mijałyśmy.
-Nie lubie wilgoci- mruknęła Iggie po raz kolejny omijając duże nagromadzenie wody. Uśmiechnęłam się nieznacznie. Pomysł ze spacerem uznałam za jeden z lepszych. Skutecznie zapomniałam o przykrym dla serca, wczorajszym widoku i zajęłam się teraźniejszością. Ostatecznie od zawsze wiedziałam, że Mario to nie moja liga i mamy marne szanse na coś poza przyjaźnią, więc nadal nie rozumiałam dlaczego zachowałam się tak niemądrze. Byłam w nim zakochana, ale czy to oznaczało że mam być też zazdrosna o każdą dziewczynę? Równie dobrze mogłam zacząć rzucać się do gardeł i jego obecnej wybrance i każdej lasce która zamieniłaby z nim choć słowo. Chciałam by był szczęśliwy a skoro Ann dostarczała mu tego szczęścia to jak dla mnie mogli się nawet pobrać (choć miałam nadzieje, że zbyt wcześnie to nie nastąpi).
Wracałyśmy z kawiarni, gdy dostrzegłyśmy Marco. Pod pachą niósł książkę, w ręce dzierżył parasol. Nie zdążyłam zatrzymać Iggie, która podbiegła do niego i klepnęła go wilgotnym parasolem w ramie.
-To za tą wodę na głowie w czasie treningu!- wykrzyknęła uradowana uśmiechając się z wyższością. Mina Marco, mówiła jednak że nie pozostawi tego czynu, bez aktu zemsty i już po chwili Iggie wylądowała w ogromnej kałuży.
-Reus, zabije cie!- warknęła, nabierając wody w dłonie i biegnąc za chłopakiem. Wzniosłam oczy do nieba. Jak dzieci pomyślałam.
Szatynka "rzuciła" wodą w blondyna, który schował się za mną. Skutkiem czego wszyscy byliśmy mokrzy.
-Iggie mścij sie na treningu, nie teraz- krzyknął piłkarz, uciekając w stronę domu. Dziewczyna przystanęła ze zdziwioną miną, ale nie goniła go. Uśmiechnęła się w moją stronę i pogodnym krokiem ruszyła do domu.

*

Do domu wróciłam skutecznie orzeźwiona, ale też strasznie zmęczona. Według Iggie przeszłyśmy tamtego dnia około 10 kilometrów spokojnym krokiem, a takie długie spacery raczej nie były moją mocną stroną. Zapatrzone w ulice miasta zapomniałyśmy się zupełnie.
Po kąpieli, siedziałam razem z Iggie na kanapie w salonie, oglądając jakąś durną hiszpańską telenowele. Jak dla mnie każdy serial był taki sam i po kilku odcinkach zaczynał mi się nudzić, ale ten wyjątkowo mnie zainteresował. Może dlatego, że pochłonięta rozmyśleniami, słuchałam tylko jednym uchem i nie przywiązywałam zbytniej wagi do znaczenia wypowiedzi?
Niespodziewanie zadzwonił dzwonek do drzwi. Iggie spojrzała na mnie zaskoczona i gestem poprosiła bym otwarła nieproszonemu gościowi. Pośpiesznie wstałam i zarzucając różowy szlafrok na piżamkę w łaciate krowy, ruszyłam otworzyć wejście.
-Moge?

*******************************************************************
DOMINICZKI ASDFGHJKL HAHAHAHAHAHAAHAHAHAHAHA LOL
Kończymy takim "tajemniczym" akcentem. Jestem badziewną pisarką ok.
Następny rozdział jeszcze dzisiaj, choć znając Ige to nawet gdybym dodała już wszystkie napisane rozdziały, byłoby jej bało -,-'
Spadam wplatać do opowiadania Kasię jako panią z mięsnego gapiącą się na Piszczka i Natalie jako hejterkę która powiesi sie na sznurówce, ok.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Rozdział 12


-Wszystko podpisane?
-Tak. Ta praca to spełnienie moich marzeń. Mogę siedzieć w domu i pisać, nie fatygując się tutaj- odpowiedziałam ucieszona- Coś się stało?- dodałam widząc minę Iggie.
-Rozmawiałam z Ann.
-I to aż tak źle na ciebie wpłynęło?- zapytałam nieco żartobliwie, ale dziewczynie najwyraźniej wcale nie było do śmiechu.
-Kazała mi przekazać, że masz się "odczepić od Mario bo inaczej pogadamy"- zrobiła w powietrzu znak cudzysłowia palcami.
-Ale przecież...
-Wiem. Też jej to powiedziałam, ale ona żyje we własnym urojonym świecie i nie wytłumaczysz jej tego. Ubzdurała sobie coś. Chłopcy mają teraz trening. Idziesz?
Pokręciłam głową.
-Nie. Popracuje już nad artykułem.
-Nie przemęcz się zbytnio, bo jeszcze zostaniesz pracoholikiem.
Uśmiechnęła się pogodnie i ruszyła w stronę stadionu, ja zaś w przeciwną- do jej mieszkania.
W drodze do domu, zastanawiałam się dlaczego Ann jest taka zazdrosna. Czy Mario dał jej do tego powody? Był jej chłopakiem, powinna mieć do niego zaufanie. A może problem widziała we mnie?
Przechodząc na światłach przez pasy zderzyłam się z mężczyzną.
-Hej, wszystko w porządku?
-Tak, jasne- mruknęłam, gdy już stanęłam na równe nogi. Podniosłam wzrok by przyjrzeć się swojemu "wybawcy", który pomógł mi się podnieść, ale on pociągnął mnie w stronę chodnika, ściągając tym samym z jezdni.
-Jesteś pewna?
-Tak, jestem. Dzięki Mats.
-Odprowadziłbym cie do domu, ale lece na trening już jestem spóźniony. Zobaczymy się na imprezie, tak?
Kiwnęłam głową, niczego nieświadoma. Jaka impreza?
Nie zdołałam uzyskać odpowiedzi, bo piłkarz odbiegł już w kierunku stadionu, a ja nie chciałam go zatrzymywać. Wiedziałam, że oberwie mu się od Iggie za to spóźnienie- dziewczyna robiła dzisiaj zdjęcia do swojego nowego albumu i zażądała zobaczenia wszystkich, nawet tych kontuzjowanych na treningu.
Pokręciłam głową z dezaprobatą i ruszyłam w stronę mieszkania.

*

-O jakiej imprezie mówił Mats?- usiadłam obok Iggie na kanapie w salonie. Dziewczyna uparcie wpatrywała się w ekran telewizora, na którym puszczano akurat "sport".
-Mats mówił ci o jakiejś imprezie?!- krzyknęła oburzona.
-Przypadkiem, coś mu się wymsknęło. To źle?
Dziewczyna nie odpowiedziała. Odwróciła wzrok w stronę okna, jakby to ono miało udzielić odpowiedzi.
-To mało istotne- mruknęła niezadowolona.
-A z jakiej okazji? Ktoś ma urodziny?- dociekałam.
-Nieważne, gapo!- Iggie zaśmiała się i dała mi pstryczka w nos- Matsowi najwyraźniej coś się pomieszało
-Jesteś pewna? Bo on wyraźnie mówił...
-Tak jestem. Musiał się pomylić. Może wychodzi gdzieś z chłopakami i zapomniał że my nie idziemy.
Nadal nie byłam do końca przekonana co do jej zdania na ten temat. Jej wcześniejsza reakcja dawała jasno do zrozumienia że wie coś o imprezie. Miałam powody przypuszczać że była w to jakoś specjalnie zaangażowana. Nie chciałam odpuścić. Planowałam zadać następne pytanie, gdy Iggie wepchnęła mi aparat w ręce.
-Wracając. Przeglądaj te przeklęte zdjęcia, które pstrykałam równe dwie godziny i wybieraj najładniejsze.

*

Księżyc jasno świecił na granatowym niebie. Jego łuna wpadała przez niezasłoniętą roletę okna w moim pokoju, skutecznie uniemożliwiając mi sen. Czując, że będzie to prawdopodobnie, nieprzespana noc, wyszłam z pokoju i ruszyłam w stronę salonu.
Iggie spala na kanapie, zwinięta w kłębek. Światła w kuchni były przygaszone- dawały wystarczająco dużo światła do pracy. Na stoliku, stał załączony laptop na którym zaczęła przerabiać jedno ze zdjęć, a aparat leżał teraz przed dziewczyną. Delikatnie odebrałam jej urządzenie, a komputer- po zapisaniu zmian- wyłączyłam. Zgasiłam też światło w kuchni a następnie przykryłam Iggie kocem, sama zaś wyszłam na balkon.
Chłodne nocne powietrze nieco mnie otrzeźwiło. Podeszłam do barierki i oparłam się o nią, pozwalając by lekki wietrzyk muskał mnie po twarzy i szyi, rozwiewając też moje włosy.
Nie miałam pojęcia ile już tak stoję. W grę mogły wchodzić sekundy, minuty a nawet godziny. Musiałam jednak przyznać, że sterczenie na tym balkonie i przyglądanie się niczemu było bardzo odprężające.
W końcu kiedyś jednak musiałam wrócić do domu. Cholernie zachciało mi się spać a nie zamierzałam spędzić tej nocy na zewnątrz.
Już miałam wychodzić z mini-tarasu, gdy usłyszałam głośne śmiechy na dole. Troche się zdziwiłam bo okolica była bardzo spokojna i praktycznie nigdy nie widziało się tutaj upitych nastolatków w środku nocy. Wychyliłam się za barierkę by zobaczyć kto robi tyle hałasu. Gdyby nie głos dziewczyny na pewno nie zorientowałabym się, kto jest na dole. Nie miałam żadnych wątpliwości kim są ci ludzie.
-Mario, przestań mnie łaskotać!
-Ale ja tak lubie twój śmiech Ann.
Chłopak przyciągnął ją do siebie i pocałował. Zabolało.

**********************************************************
Głupie, nudne, do dupy i nic nie wnosi.
Nie miałam pomysłu jak zakończyć, proszę o wybaczenie ;__; Dzisiaj wyjątkowo tylko jeden rozdział bo mam problemy z netem który co jakiś czas się wyłącza. Jutro dodam 2 lub 3 notki.
"Tak mamusiu już idę się uczyć"- mhm, chyba w snach -,- A wy? Nauczone na sprawdzian z polskiego? HAHAHAHAAHAHA, DOBRY ŻART.
ZMYKAM IDE SIE CIĄĆ LIŚCIEM, NARA.