wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział 50.

Zaczęłam sprzątać roztrzaskane szkło, jeszcze zanim przyszła kelnerka, którą serdecznie przeprosiłam za problem. Uśmiechnęła się pokrzepiająco i odeszła.
-Nie przypuszczałam, że mi uwierzysz- Alex spojrzała na mnie znad filiżanki. 
-Chyba mi teraz nie powiesz, że to był żart- warknęłam. 
-Byłby mało śmieszny. Zresztą, chyba nie wyglądam jakbym się śmiała.
Poszłam uregulować rachunek, a gdy wróciłam do stołu dziewczyna stała już gotowa do wyjścia. 
-Jeśli potrzebujesz pocieszenia, albo jakiś głębszych wyjaśnień to chętnie pójdę z tobą do domu. Strasznie zbladłaś. 
-Kiepsko się poczułam, to wszystko- uśmiechnęłam się blado, ruszając do wyjścia, a potem kierując się do mieszkania. 

~*~

-Więc zacznij od początku.- poprosiłam, gdy Alex zajęła miejsce na przeciwko mnie. 
Dziewczyna długo ociągała się z odpowiedzią. Co parę chwil rzucałam w jej stronę wyczekujące spojrzenie, mając nadzieję na jakieś wyjaśnienia. W końcu zaczerpnęła powietrza, a słowa wyleciały z jej ust z ogromną prędkością, boleśnie wbijając mi się do głowy. 
Na początku nic nie rozumiałam, ciężko mi też było uwierzyć. Nigdy bym go o coś takiego nie podejrzewała, wydawał się być naprawdę w porządku. 
-A potem weszłam do ich mieszkania i BUM. 
Przestałam słuchać, zupełnie nie dając sobie nic powiedzieć.
-Marco nie był i nie jest draniem, nie zrobiłby czegoś takiego. 
-A jakoś zrobił!- wykrzyknęła sfrustrowana. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. 
-Dlaczego tak nagle zależy ci na tym, żebym w to uwierzyła? Chcesz nas skłócić? 
-Skąd, głupia babo! Chcę cię uchronić przed tym dupkiem.
Zmierzyłam ją znudzonym spojrzeniem i pokręciłam głową z dezaprobatą. 
-Ktoś to może potwierdzić? Jakoś przestałam ci wierzyć. 
To wszystko wydawało się być grubymi nićmi szyte. 
-Możemy zadzwonić po Clarie. Albo do niej iść. Ona może dostarczyć ci nawet pikantniejszych szczegółów. 
Westchnęłam, wzruszając ramionami. W sumie, co mi szkodzi? 
-Dobrze i tak nie mam nic do stracenia. Więc? Kiedy do niej idziemy? 

~*~

Następnego dnia, od samego rana byłam negatywnie nastawiona do świata. Zupełnie nie miałam ochoty na rozmowy, ani z Mają, która od siódmej dobijała się na komórkę, ani z Marco, który zresztą robił to samo. Blondyn nawet zaszczycił mnie swoją obecnością: jakież było moje zdziwienie, gdy zapukał do drzwi, a kiedy je otwarłam, zamiast jego twarzy zobaczyłam ogromny bukiet kwiatów. To co wczoraj mówiła Alex, przestało brzmieć wiarygodnie, szczególnie kiedy widziałam szczerą, uśmiechniętą twarz piłkarza. Przecież to niemożliwe, żeby to zrobił. On by nie mógł. I wiedziałam o tym od początku. Dlaczego więc na początku jej uwierzyłam? Tego nie wiem. Może po prostu szukałam dziury w całym, czego zresztą żałowałam. 
Około południa, Marco wybrał się na trening, ja zaś, umówiona byłam z Alex i Clarie. Tym razem, żeby nie ryzykować stłuczenia kolejnego naczynia, postanowiłyśmy, że spotkamy się w parku. 
Clarie jednak mówiła dokładnie to samo co Alex. 
-Dlaczego chcecie nas skłócić? Dobrze nam razem. 
-Nie chcę was skłócić- stwierdziła Alex- Zresztą mówiłam to już wczoraj.
Clarie milczała. Wbiłam w nią chłodne spojrzenie i czekałam na odpowiedź. 
-A ja może nawet chcę. Ale nie dlatego, że jestem wredna, po prostu nie chcę być sama. Wydawało mi się, że się w sobie zakochaliśmy. 
Pokręciłam głową z dezaprobatą i wstałam. 
-Nie chce mi się was słuchać, to powoli robi się żałosne. 
Odeszłam na kilka kroków, kiedy usłyszałam za sobą kroki, a kilka sekund po tym, przede mną ukazała się Clarie. 
-Tylko nie mów potem, że nie ostrzegałam. On mnie zranił i nie chcę tego samego dla ciebie. 


~*~

Wracając do domu, wciąż o tym myślałam. Jedyna słuszna opcja jaka mi przyszła do głowy, to zapytać o całą tę sytuację Marco. Obiecałam sobie, że zrobię to w najbliższym czasie, a najlepiej jutro, bo wyglądało na to, że nie przestanę o tym myśleć. Rozsiadłam się na kuchennym blacie, z kubkiem zielonej herbaty. Usłyszałam dźwięk kluczy wkładanych do zamka, jego ciche przekręcenie i otwieranie drzwi.
-Nikki? Jesteś tu?
-W kuchni Marco- odpowiedziałam.
-Zostań tam! I najlepiej zasłoń oczy.
Zmarszczyłam brwi.
-Po co?
-A możesz to zrobić?
Niechętnie zamknęłam i czekałam. Wyraźnie słyszałam jego kroki, z każdą chwilą coraz bliżej. Poczułam jak siada obok mnie, po drodze szturchając kubek z napojem, który teraz kapał z blatu na podłogę i moje nogi.
-Możesz otworzyć- szepnął mi tuż przy uchu. Podniosłam powieki, a przed moimi oczami ukazała się malutka mordka, słodko śpiącego szczeniaka. Westchnęłam zachwycona.
-Jaki cudny!
-Cudna- poprawił mnie z uśmiechem- Cieszę się, ze ci się podoba.
-Mam rozumieć, że to prezent dla mnie?- zapytałam, całując go w podzięce.
-Powiedzmy, że według mojego kalendarza urodziny masz trochę wcześniej. Wymyśliłaś już imię?
-A mam wymyślić? To może Milka.
-Skąd ci się taki pomysł wziął?- zapytał ze śmiechem.
-Po prostu mam ochotę na czekoladę.
-Wybacz, nie zdążyłem już kupić. Przywiozę ci jutro- obiecał, cmokając mnie w policzek.
Przyglądałam się chwilę, leżącej w jego rękach kulce.
-Marco, a kupiłeś mu może jakiś kojec?
-Oczywiście, że tak, za kogo ty mnie masz- oburzył się- Przypuszczam, że i tak nie będzie w nim spała, pewnie wyląduje w łóżku.
Uśmiechnęłam się, bawiąc się jego włosami. Tak dobrze mnie znał. 

wtorek, 27 maja 2014

Rozdział 49

Następnego dnia, w wyśmienitym humorze wybrałam się na zakupy. Zazwyczaj to Iggie biegała po spożywczakach, więc gdy jej zabrakło lodówka bardzo szybko zrobiła się pusta.
Na myśl o Iggie coś mnie zakuło. Dzisiaj mijał tydzień odkąd wyjechała do Monachium z Mario. Dotarło to do mnie, dopiero gdy spojrzałam na telefon i wyświetlającą się na ekranie datę. Wcześniej, Marco skutecznie kradł mi czas na przemyślenia, a ponieważ dzisiaj wybrał się gdzieś ze znajomymi, miałam kilka godzin dla siebie.
Zastanawiałam się, jak Iggie radzi sobie w Monachium. Nie wątpiłam, że Mario wspiera ją jak może, ale sam dopiero niedawno się tam znalazł i na pewno nie zdążył zawiązać jeszcze nowych znajomości. Myślałam o tym, z kim Iggie zacznie się kolegować. Do tej pory trzymała z dziewczynami piłkarzy z Borussii, ale nie byłam przekonana co do tego czy z tamtymi zaprzyjaźni się tak samo. Monachijki wydawały mi się sztuczne i fałszywe.
Najbardziej przykro zrobiło mi się w momencie, gdy uświadomiłam sobie, że od czasu kiedy wyszła wtedy z mieszkania, nie odezwała się do mnie ani słowem. Dzwoniłam do niej kilka razy, ale zawsze odzywała się poczta głosowa. Zostawiłam jedną, lub dwie wiadomości z prośbą o oddzwonienie, ale albo je zignorowała, albo po prostu jeszcze nie odebrała.
Zamknięta w świecie własnych uczuć i przemyśleń, nieświadomie krążyłam po Dortmundzie. Niewidzącym wzrokiem patrzyłam na chodnik i na to jak stawiam nogi. W końcu z kimś się zderzyłam.
Wydukałam ciche przepraszam i chciałam ruszyć dalej, ale osoba, w którą uderzyłam uparcie stała przede mną.
-Halo, tu ziemia- w końcu zwróciłam uwagę na dziewczynę. Ciemne kręcone włosy, zgrabna sylwetka, urocza twarz i wyszczerzone zęby.
-Hej Alex- uśmiechnęłam się blado- Przepraszam, że cię nie zauważyłam, jestem dzisiaj trochę zamyślona.
-Trochę?- zaśmiała się- Właśnie szłam w twoją stronę. Idziesz na zakupy? Chętnie ci pomogę, muszę z tobą porozmawiać.
Nie dopuszczając mnie do słowa, pociągnęła mnie w stronę głównej drogi, a stamtąd do galerii handlowej. Nieświadomie skojarzyła mi się z Iggie. Zachowywała się bardzo podobnie- byłą rozgadana i wesoła.
Starałam się jej słuchać, ale wciąż wracałam myślami do Iggie, albo do Marco. O ile na myśl o dziewczynie robiło mi się nieprzyjemnie, o tyle o blondynie mogłabym myśleć całymi dniami i nocami. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie przez ostatni tydzień, do tego stopnia, że chciał mnie nawet zaprosić do rodziców. Dziwnie było myśleć, że jeszcze całkiem niedawno spotykał się z Iggie, a teraz mnie zawrócił w głowie.
Po zrobionych zakupach, zaproponowałam Alex kawę. Wybrałyśmy się więc do kawiarni i zajęłyśmy pierwsze wolne miejsca.
-To prawda, że spotykasz się teraz z Marco?
Choć pomyślałam, że to nie do końca jej sprawa i powinna pilnować swoich spraw, to kiwnęłam głową.
-Możesz mi nie wierzyć, ale widziałam go z Clarie.
Naszła mnie ochota na śmiech. Aby ukryć grymas na twarzy, upiłam łyk przyniesionej kawy.
-No i co? Przecież może się spotykać z kim chce.
-Nie jestem pewna czy zrozumiałaś- zagryzła wargi- Widziałam ich. Razem. W jednym łóżku.
Wypowiedziane przez dziewczynę słowa, sprawiły, że filiżanka z gorącym napojem wylądowała na podłodze, tłukąc się na miliony kawałków.

****************************************************************************

sobota, 3 maja 2014

Rozdział 48

-Są razem?- zapytałam, opierając się o ścianę na klatce schodowej. Marco wypuścił ze świstem powietrze z płuc.
-Można tak powiedzieć.
Zmarszczyłam brwi.
-Można?
-Nie mówią, że są razem, ale jak widzisz...
-Rozumiem- mruknęłam, przerywając mu.
Zastanawiałam się chwilę, o co jeszcze chciałabym go zapytać. Miałam taki mętlik, że nic sensownego nie przychodziło mi do głowy.
-O co chodziło z tym przytuleniem?- zapytałam w końcu, marszcząc brwi.
Blondyn milczał.
-To skomplikowane.
Otwarłam usta ze zdziwienia. Nie przypuszczałam, że tyle mogło się wydarzyć przez kilka dni mojej nieobecności. Opadłam lekko na schodek i podparłam głowę na ręce.
-Mamy dużo czasu, możesz mi wszystko wyjaśnić- wbiłam w niego wyczekujące spojrzenie.
Spuścił wzrok i się nie odzywał. Czekałam spokojnie. W głębi duszy czułam, że musi się przełamać i skleić pierwsze zdania, a te zawsze przychodzą najtrudniej. Utkwiłam wzrok w beżowej ścianie. Gdy Marco w końcu zaczął, jego głos był tak cichy, że musiałam podejść by go usłyszeć.
-Bo... Nie wiem jak ci to wyjaśnić, to już dawno się zaczęło.- wypuścił ze świstem powietrze i kontynuował- W sumie odkąd przyjechałaś. Kręciłem wtedy z Carolin, potem z Iggie, ciebie nie zauważałem. Ale potem, gdy Iggie zerwała zaręczyny... Nie wiem jakoś zacząłem zwracać większą uwagę na ciebie, bo cały czas trzymała się z tobą.
Przerwał na moment, by zaczerpnąć powietrza. Było to może kilka sekund, ale dla mnie trwało niczym cała wieczność. Kiedy znowu zaczął, jego głos był znacznie pewniejszy niż na początku. Najwyraźniej najtrudniejszy moment, dla niego już minął.
-Potem ten pocałunek w kawiarni... Cholera no, Dominika.
-Co?- podniosłam głowę, którą do tej pory miałam schyloną. W tym samym momencie Marco złapał moją twarz w swoje dłonie i pocałował mnie.

~*~

-Powiedziałem im, że jesteśmy razem. Na początku nie chcieli wierzyć, ale chyba w końcu się przekonali.
Uśmiechnęłam się lekko i oparłam głowę o jego ramię.
-Zabawne, jak to wszystko się potoczyło.
-Nie widzę w tym nic zabawnego- cmoknął mnie w czubek głowy.
-A co z Iggie i Mario? Wyjeżdżają?
-Z tego co mi wiadomo, tak.
Wstałam i ruszyłam za blondynem w stronę kawiarni,w  której pierwszy raz mnie pocałował.
-Szybko się pocieszyli po rozstaniu- mruknął niezadowolony.
-To samo można powiedzieć o nas- zaśmiałam się, siadając przy tym samym stoliku, co wtedy.
-Oj tam- uśmiechnął się uroczo. Zadrżało mi serce na ten widok.
-A co z mieszkaniem?- zapytałam, nagle uświadamiając sobie, że przecież to Iggie była właścicielką apartamentu- Sprzedaje je?
-Nic mi na ten temat nie wiadomo. Chyba zostawi je tobie- złapał mnie, za trzęsącą się rękę- Hej, nie martw się. Jakby co, możesz mieszkać u mnie- puścił mi oczko.
Wyszczerzyłam zęby. Zapowiadało się ciekawe życie.

~*~ 

-Gdzie tak długo byliście? Chcieliśmy wyjść, ale nie mieliście kluczy i nie chciałam cię na progu zostawiać.
-Jakby co poszlibyśmy do Marco- powiedziałam, opadając na kanapę. Iggie rzuciła we mnie pobliską poduszką.
-Było do mnie zadzwonić. Siedzieliśmy tu jak jakieś głupki.
-Na pewno dobrze zorganizowaliście sobie czas- odparłam złośliwie.
Odwróciła się gwałtownie i pokazała mi język.
-Ty się lepiej nie wypowiadaj. Już ja wiem, co ty robiłaś tam z Marco.
Już miała wychodzić, kiedy nagle wróciła, zamknęła z trzaskiem drzwi i usiadła obok mnie.
-Czemu mi nie powiedziałaś małpo?
-O czym?- zdziwiłam się, przyciskając mocniej poduszkę do siebie.
-O tym, że ty i Marco...
-Ty też mi nie powiedziałaś o sobie i Mario- zauważyłam, wstając.
-Bo myślałam, że to dla ciebie trudne. Nie rozstaliście się dawno.- ruszyła za mną.
-Ty i Marco to też nie jakaś odległa historia.- za wszelką cenę, chciałam uniknąć odpowiedzi. Nie miałam zamiaru ujawnić kłamstwa blondyna. Nie miało znaczenia, że teraz to prawda.
-Ale ja i Marco nigdy tak naprawdę nie istnieliśmy.
Zatrzymałam się gwałtownie.
-Nigdy nic do niego nie czułaś?- zapytałam zdziwiona.
Wzruszyła ramionami.
-Nie, raczej nie.
Wcześniej mówiłaś coś innego przeleciało mi przez myśl, jednak nie powiedziałam tego głośno. Doszłam do wniosku, że może nie słyszy co mówi, albo nie kontroluje tego i dlatego plecie takie bzdury.
-Skoro tak twierdzisz.- mruknęłam. Weszłam do pokoju i zamknęłam drzwi. Położyłam się na łóżku. Wszędzie było tak pusto... Zapomniałam wypakować rzeczy. Obiecałam sobie, że zrobię to następnym razem i zamknęłam oczy. Zanim zasnęłam, rzucił mi się w oczy sms od Marco.

Dobranoc królewno :*

Zaśmiałam się w duchu. Trochę dziecinne, a jak potrafi poprawić humor. Nie rozumiałam jak Iggie mogła wygadywać takie bzdury. Marco nie był tylko atrakcyjny i bogaty. Był kimś więcej. Nie byłam w stanie powiedzieć, dlaczego w ciągu jednego dnia stał się dla mnie taki ważny, ale cieszyłam się, że jesteśmy razem. Może po prostu on i Iggie nie byli sobie pisani. Miałam nadzieję, że ona i Mario jakoś ułożą sobie życie.


piątek, 11 kwietnia 2014

Rozdział 47

Kilka następnych dni pamiętam jak przez mgłę. Na początku wydawało mi się, że wszystko w porządku, a do rozstania i tak wcześniej czy później by doszło. Ale z każdą godziną, przesiedzianą w pokoju zdawałam sobie sprawę, że nie chciałam by tak to się zakończyło. To nie był scenariusz, który napisałam.
Alex odwiedziła mnie jeszcze kilka razy. Musiałam przyznać, że nawet ją polubiłam. Choć początkowo wydawała się być sceptycznie nastawiona do wszystkiego, zrzędliwa i ogółem nieprzyjemna, okazała się być naprawdę fajną dziewczyną. Miała po prostu trudny charakter, który trzeba było poznać trochę lepiej, by zauważyć, że wśród wielu wad, ma także dużo zalet.
W mieszkaniu pojawiał się także Marco. Kilka razy został wyrzucony przez Iggie, która nie miała najmniejszego zamiaru z nim rozmawiać, a fakt, że piłkarz przyszedł do mnie, zupełnie jej nie interesował. Kiedy jednak przychodził, a Iggie nie było siedział kilka minut, wpatrywał się we mnie i pytał co u mnie ciekawego. Odpowiedź zawsze była taka sama: nic. 
Po mniej więcej tygodniu postanowiłam wreszcie wyjść z domu. Spacer był krótki i czysto zawodowy- do biura, złożyć raport i z powrotem do domu. Choć wyszłam na zaledwie kilka chwil, zdążyłam zobaczyć dość, by mieć świadomość, że to był kiepski pomysł. W ciągu dziesięciu minut, minęło mnie milion szczęśliwych par, trzymających się za rączkę i całujących się w obleśnie głośny sposób. Miałam ochotę podejść do każdej z dziewczyn i powiedzieć jej zostaw go i tak cię zrani. Ale wiedziałam, że to nie miałoby sensu. W końcu to, że mnie tak ktoś zostawił, nie oznacza, że inni faceci też są świniami.
Oparłam się o ścianę pobliskiego budynku czując, że robi mi się słabo i duszno. Odetchnęłam chwilę, zastanawiając się gdzie ja właściwie jestem. Trafiłam do części miasta dla osób uzależnionych od hazardu. Co kilka kroków dało dostrzec się budkę z automatami, zżerającymi pieniądze.
Z jednej z nich wyszła Iggie wspierana na jakimś kolesiu. Musiałam dobrze wytężyć wzrok by upewnić się, że to ona. Nie mogłam uwierzyć, że znalazła się w takim miejscu. To było zupełnie do niej niepodobne.
-Iggie?- krzyknęłam w jej stronę, ale zupełnie mnie zignorowała.
Potem poczułam silne uderzenie w tył głowy i zapanowała ciemność.

~*~

Obudziłam się w szpitalu, z przeszywającym bólem głowy. Uczucie nie należało do najprzyjemniejszych dlatego gdy się nasiliło, miałam ochotę rozpłakać się jak dziecko.
Okazało się, że ktoś mnie napadł. Nie zginęło mi wiele, zaledwie portfel z kilkoma banknotami o małej wartości. O i jeszcze jedno. Dziecko.
Nie słuchałam jak to się dokładniej stało, bo mnie to nie interesowało, ale lekarze podejrzewali, że to z powodu upadku na chodnik. Walnęłam o krawężnik dość porządnie.
Ale tym akurat się nie przejmowałam. Ba, cieszyło mnie to. Byłam sadystką, z jakimś spaczeniem, ale wolałam żeby zginęło- i tak nie miało jeszcze uczuć- niż miało się wychowywać bez ojca, do tego z matką pozostającą wiele do życzenia. Poronienie rozwiązało za mnie sprawę aborcji, do której nie byłabym zdolna.
W mojej sali poza lekarzami i pielęgniarkami, nie było nikogo. Dziwiłam się, że nikt nie przychodzi, ale usprawiedliwiłam to nawałem pracy. Kiedy jednak przyszedł weekend i wiedziałam, że wszyscy mają wolne, a mimo moich usilnych próśb i telefonów wykonanych ze szpitalnego stacjonarnego, nikt nie przyszedł, zaczęłam się martwić.
Nie chcą ze mną rozmawiać? Zaczęli mnie ignorować? Z każdą chwilę robiło mi się coraz bardziej przykro.
W depresje nie popadłam tylko dzięki Kylie. Leżała w sali obok mnie i często rozmawiałyśmy. Byłyśmy bardzo podobne.
Kylie chorowała na raka. Nie wiedziała ile czasu jej zostało, biorąc jednak pod uwagę złośliwość choroby i losu- niewiele. Lubiłam z nią rozmawiać. Mimo młodego wieku była bardzo dojrzała i zazwyczaj zachowywała powagę, zupełne przeciwieństwo Iggie. Kiedy byłam wypisywana, Kylie jeszcze zostawała w szpitalu, ale obiecałam jej, że kiedyś się spotkamy.
W domu, do którego dotarłam z trudem zastałam Mario i Iggie. Zmierzyłam zdziwionym spojrzeniem ich splecione palce i reszte mieszkania, opróżnionego z rzeczy Iggie. Podchodziłam do kanapy, gdy od tyłu przytulił mnie Marco.
-Musimy pogadać- szepnął mi na ucho.
Wzniosłam oczy do nieba. Zapowiada się ciekawie.


piątek, 28 marca 2014

Rozdział 46

-Możemy pogadać? 
-Um, jasne wejdź.
Otwarłam szerzej drzwi, by chłopak mógł wejść i  zaprowadziłam go do salonu. 
-Więc w czym problem? 
-Ja... Myślę, że powinniśmy zerwać.
-Przesłyszałam się? Niedawno zaproponowałeś mi wspólne zamieszkanie.- zauważyłam. 
-Oferta jest... Trochę nieaktualna.- uśmiechnął się lekko. 
-Zdążyłam zauważyć. A mogę poznać powód?- uśmiechnęłam się w taki sam sposób. 
-Jesteś w cholerę niezdecydowana!
Wbiłam w niego lodowate spojrzenie. 
-Założę się, że gdybym ci dała tyle samo czasu i tą samą decyzję, zdążyłbyś zmienić zdanie dwieście razy, a i tak nie byłbyś zdecydowany. 
Wypuścił ze świstem powietrze z płuc. 
-Irytuje mnie to po prostu. 
-Zrywasz ze mną tylko dlatego? Kilka godzin temu mówiłeś, że dajesz mi wybór i mogę przylecieć kiedy chcę! 
Wzruszył ramionami.
-Zerwałbyś ze mną, gdybym była teraz z tobą w Monachium? 
-Pewnie nie. 
Pokręciłam z niedowierzaniem głową i uderzyłam go w twarz.
-Tak fałszywej osoby, jeszcze nie widziałam. 
Rozmasował zaczerwieniony policzek i wybiegł z mieszkania. 
 
~*~
 
Nad ranem znowu usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie miałam najmniejszej ochoty otwierać. Wieczorna rozmowa z Mario, upewniła mnie w przekonaniu, że 90% ludzi to świnie i nie warto poświęcać im czasu.
Osoba stojąca przed drzwiami nie zamierzała odpuścić. Stała i dzwoniła dobre piętnaście minut. W końcu wstałam i otwarłam.
-Musimy pogadać. 
Jęknęłam, słysząc znowu to samo stwierdzenie.
-Czego tu chcesz?
Uniosła w zdziwieniu brwi. 
-Nie musisz być taka ostra. 
Zmierzyłam ją lodowatym spojrzeniem. 
-O czym chciałaś porozmawiać?- weszłam do kuchni i nalałam do szklanek soku. Podałam jedną dziewczynie, z drugiej się napiłam. 
-Widziałam wczoraj Mario. 
Wzniosłam oczy do nieba. 
-Całował się z Iggie. 
Otwarłam szerzej oczy ze zdziwienia. 
-Co? Kiedy? Gdzie? Co? Jak? Opowiadaj! 
Usiadła na krześle.
-Wracałam od Clarie... I widziałam ich w parku. Powinnaś z nim pogadać. On cie zdradza!- oburzyła się. Uśmiechnęłam się lekko. 
-Nie interesuje mnie to z kim się całuje, gdzie i kiedy.  Już nie. 
Zmarszczyła brwi. 
-Zerwaliśmy. 
-Rzucił cię?!- otwarła szeroko oczy- Jeszcze miesiąc temu chciał, żebyś wyjechała z nim! 
-Najwyraźniej zmienił zdanie. Przynajmniej znowu jestem singielką- zaśmiałam się. 
Uśmiechnęłam się, ale w środku, to naprawdę bolało.


poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział 45

Do domu wracałam z dziwnym przekonaniem, że komuś naprawdę na mnie zależy. Mógł to być impuls. W końcu pokłócił się z narzeczoną, zerwała z nim... Może po prostu potrzebował pocieszenia, a ja akurat byłam pod ręką.
W mieszkaniu było nienaturalnie pusto i cicho. Opadłam na kanapę w salonie. Wczoraj moje wątpliwości były znacznie mniejsze, dzisiaj znów zajęły mi całą głowę. Zamiast po rozmowie z Marco, być pewną, że wyjazd do Monachium jest słuszny, byłam tylko bardziej skołowana. Miałam świadomość, że zostawiam dwójkę przyjaciół skłóconych i mnóstwo niedokończonych spraw.
Wzięłam komórkę do ręki, ale zamiast od razu wykonać zamierzony telefon po prostu bawiłam się obudową. Coś co kilka tygodni temu było dla mnie proste, dziś sprawiało mi najwięcej trudności. W końcu się przełamałam i wybrałam numer.
-Halo?
Przez chwilę milczałam i dopiero gdy Mario wypowiedział moje imię, nieco otrzeźwiałam.
-Jak tam pakowanie się?- zapytałam, na pozór radosnym tonem. Nic we mnie nie było radosne.
-Dobrze, jutro dojdą ostatnie rzeczy. Dlaczego tak nagle dzwonisz? Coś się stało?
Zagryzłam wargę.
-Właściwie... Tak właściwie, tak. Stało się.

~*~

-Jesteś pewna, że nie chcesz jechać jutro? 
-Tak jestem. Też byłbyś pewien w mojej sytuacji. 
-Czasem mi się wydaje, że po prostu nie chcesz ze mną jechać- mruknął niezadowolony- Przemyśl to sobie, dobrze? Nie chce cie do niczego zmuszać. 
-Mario, to nie...
-Rozumiem cie, bo sam też nie jestem pewien czy chce. Bayern to dla mnie nowa sprawa, otwiera mi świat piłki, jakiej do tej pory nie znałem. 
-Przecież wciąż będziesz w Bundeslidze.
-To co innego. Borussia ma zupełnie inny styl. Nie chce się przeprowadzać, ale chce się rozwijać, to wiem na pewno. Jeśli nie chcesz zostać w Dortmundzie, bo wiem, że masz sentyment do tego miasta i czujesz się tutaj dobrze, zrozumiem. 
Rozłączył się. 

~*~

Przez całą noc nie zmrużyłam oka. Znowu zastanawiałam się co zrobić. Żaden wybór nie był dobry. 
W końcu postanowiłam. 

Wydaje mi się, że potrzebuje więcej czasu. Wiem jak wiele mi już go dałeś, ale to trudna decyzja, nie umiem się zdecydować..

Miałam nacisnąć 'wyślij' gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. Zdziwiłam się bo o 2 w nocy raczej nie mam zbyt wielu gości. Poszłam jednak otworzyć.
-Możemy pogadać?


piątek, 14 marca 2014

Rozdział 44

-Marco, skończ zachowywać się jak dziecko!
-Iggie do cholery, o co ci znowu chodzi?
Obudziły mnie krzyki z salonu. Przetarłam oczy, zerknęłam na zegarek i niemal natychmiast zerwałam się z łóżka. Straciłam już co najmniej połowę dnia!
Szybko się przebrałam, wciąż wsłuchując się w rozmowę Iggie z Marco. Postanowiłam im chwilowo nie przeszkadzać. Tego, że się kłócą byłam pewna, dlatego dałam im chwilę na uspokojenie się. Doszłam do wniosku, że jeśli w ciągu dziesięciu minut nie dojdą do porozumienia, wyjdę i im pomogę.
Wkroczyłam do salonu w momencie gdy Iggie rzuciła w Marco pierścionkiem zaręczynowym. Otwarłam szerzej usta ze zdziwienia. Czy to możliwe, że dwa tygodnie temu ta para miała wziąć ślub? Aż trudno było w to uwierzyć. Gdyby wtedy ceremonia doszła do skutku, dziś pewnie nie pierścionek uderzałby w twarz piłkarza, a pozew rozwodowy.
-Co do...-zaczęłam, ale nie zdążyłam dokończyć. Marco wybiegł z mieszkania, a Iggie opadła na kanapę w salonie, wściekła jak osa.
-Nie chce mieć z nim nic wspólnego!- rzuciła we mnie poduszką. Uchyliłam się w ostatnim momencie. Dziewczyna podkuliła kolana i zamilkła.
Uniosłam brwi i wróciłam do pokoju z zamiarem pakowania się. Właściwie byłam już spakowana, teraz zostały rzeczy pierwszej potrzeby: szczoteczka do zębów i inne pierdoły. Zerknęłam na pokój, w którym mieszkałam przez ostatni rok. Tyle się zmieniło.Puste półki przytłaczały mnie tak bardzo, że zamknęłam oczy.
Ostatni raz położyłam się na łóżku. Leżałam na nim kilka minut i zastanawiałam się co by tu jeszcze porobić. Mogłabym pójść na spacer po Dortmundzie i ostatni raz pożegnać się z miastem. Zerknęłam na ekran telefonu, który przed chwilą zawibrował.

Mario: Pamiętaj, jutro o 10 :) 

Wystukałam odpowiedź i podniosłam się. Wciąż nie powiedziałam mu o ciąży. Kłamstwo pewnie zrujnowałoby nasz związek, ale powiedzenie mu o tym, mogłoby doprowadzić do czegoś gorszego. Zawsze mam w życiu pecha warknęłam w myślach, zarzucając torbę przez ramie. Może zanim wyjadę spróbuje pogodzić narzeczonych? W tym momencie, jedynie to mogłam zrobić. Chciałam się jakoś odwdzięczyć Iggie.
Dziewczyny jednak nigdzie
-Nawet sie małpa nie pożegnała.- mruknęłam, zakładając tenisówki i wychodząc z mieszkania.

~*~

-O co sie tak właściwie pokłóciliście?
Marco świdrował mnie spojrzeniem zielonych oczu. Nerwowo podniosłam szklankę z herbatą do ust. Nie przywykłam do takiego wzroku, na pewno nie ze strony przyjaciela.
-Czy to ważne? Zerwaliśmy i tyle.
-Nie interesuje cie dlaczego?- zdziwiłam się. Najwyraźniej nie zależało mu tak jak twierdził.
-Interesuje. Ale to Iggie. Szansa, że się dowiem jest jak... Jedna do miliona?- zaśmiał się.
 Uśmiechnęłam się lekko.
-Niby racja.
Przez chwile, żadne z nas się nie odzywało. Ciszę, przerwał dopiero blondyn, gdy atmosfera była już napięta.
-Wyjeżdżasz prawda?
Westchnęłam głośno, kiwając głową.
-I nie ma rzeczy, która mogłaby cie tu zatrzymać?
Patrzyłam mu w oczy, pełne bólu. Tak samo, jak z każdą chwilą upewniałam się, że przyjście na spotkanie z nim było kiepskim pomysłem, tak samo, z każdą chwilą coraz mniej chciałam wyjeżdżać. Napadały mnie takie same wątpliwości jak przed podjęciem decyzji.
-Dominika?
Podniosłam wzrok znad ciastka. I to był błąd.
Bo właśnie wtedy, nim zdążyłam zareagować, usta Marco złączyły się z moimi.

*******************************************************

czwartek, 30 stycznia 2014

Rozdział 43

Zaczynałam się pakować, gdy do pokoju wpadła Alex. Z grzeczności, pozwoliłam jej siedzieć ze mną przez kilka godzin, ale mój czas nieubłaganie się kończył i musiałam się pakować.
-Co tam?
-Chyba nic ciekawego.- wstałam, zaczynając zbierać rzeczy- Czy ja mogę wiedzieć co tutaj robisz? Jestem trochę zajęta.
Położyła się. Zacisnęłam pięści.
-Iggie poprosiła mnie, żebym dotrzymała ci towarzystwa.
-Dlaczego akurat ciebie?
Wzruszyła ramionami.
-Sama jest zajęta.
-Nie o to mi chodziło.
Wyjęłam z szafy większość ciuchów i włożyłam je do wcześniej przygotowanej walizki.
-Wybierasz się gdzieś?
Chwilę panowała cisza, zastanawiałam się co jej odpowiedzieć.
-Nie musisz wiedzieć co robię, gdzie i czy w ogóle wyjeżdżam. Dlaczego wpieprzasz się w moje życie?
-Twoi przyjaciele to robią, bo się o ciebie martwią- odparła.
-Nie jesteś jednym z moich przyjaciół, więc możesz już sobie iść. I zostawić mnie w spokoju, raz na zawsze.- warknęłam, odwracając się.
Przyjrzała mi się jeszcze raz i wyszła.

~*~

-To po prostu strasznie chamskie- tupnęłam ze złością nogą. Usłyszałam jak Mario śmieje się cicho pod nosem- To poważna sprawa.
-Wiem, przepraszam po prostu bawi mnie twoja reakcja. W sobotę będziesz już w nowym domu, z daleka od Alex.
-Skąd ta dziewczyna się w ogóle urwała?
-Klub, Nuri... Pamiętasz?
Mruknęłam coś, mając ochotę puknąć się w głowę.
-Widzimy się jutro?
-Widzimy się jutro.

~*~

-Przenosiny do Monachium?
Kiwnęłam głową.
-Złożyłam wniosek już jakiś czas temu, miałam nadzieję, że został rozpatrzony.
Mężczyzna pomyszkował chwilę po półkach i znalazł jakiś papierek.
-Owszem został.-po chwili milczenia dodał, z sarkastycznym uśmiechem- Negatywnie.
Otwarłam szczerzej oczy ze zdziwienia.
-Nie rozumiem w czym problem, chyba nigdy nie było na mnie żadnych skarg, wypełniałam swoje obowiązki.
-I rzadko zaglądała pani do biura.
-Nie mam w umowie ilości godzin, które muszę tu przesiedzieć.
-Oczywiście, że nie, ale to nieuczciwe względem innych pracowników.
-Dogadaliśmy się. Gdyby tak nie było, pewnie widywałby mnie pan tu częściej.
-Nie tylko w tym rzecz. Tutaj miała pani świetny dostęp do piłkarzy, klubu, ogółem zespołu. Pani wywiady dotyczyły również życia prywatnego piłkarzy, co bardzo pochwalają stada niezrównoważonych nastolatek, zakochanych w sportowcach.
-Tam też będę miała takie możliwości- przerwałam mu.
-Decyzja zapadła. Ma pani coś jeszcze do załatwienia?
Zaprzeczyłam i wyszłam z gabinetu.

~*~

-Znaczy, że zostajesz?
Spojrzałam w brązowe, pełne nadziei oczy Iggie. Pokręciłam głową.
-Najwyżej złożę rezygnację- wzruszyłam ramionami- I rozejrzę się za inną pracą.
Dziewczyna opuściła ramiona.
-A już myślałam... Nieważne. Kiedy wyjeżdżasz?
-Mamy samolot w sobotę.
-Samolot?
-Mario nie chce jeździć samochodem przez pół kraju.
Kiwnęła głową.
-Ale.. Dzisiaj jest już czwartek! Dlaczego tak szybko?
-Pierwszego lipca rozpoczynają się pierwsze treningi. Chyba wypadałoby na nich być, prawda?
-Ale ty nie musisz. Tylko Mario.- zauważyła.
-Iggie...
Przewróciła oczami.
-Dobra. Mamy jeszcze razem dwa wspólne dni. Nie opędzisz się ode mnie!- zaśmiała się, zaczynając mnie łaskotać.

*******************************************
Z DUPY ZAKOŃCZENIE TAK JAK CAŁY ROZDZIAŁ DZIĘKUJE BYE

wtorek, 28 stycznia 2014

Rozdział 42

-W ciąży?- Iggie przysiadła z wrażenia na wannie. Kiwnęłam głową. Jej zdziwienie mnie bawiło.
-Ale jak... Z kim... Co... Czemu... Wyjaśnij mi to!
-No błagam, mam ci wyjaśnić jak się robi dzieci?
Dziewczyna potarła czoło.
-Nie, to akurat wiem. Ale jesteś pewna? Może idź z tym do lekarza? Może to jakieś wahania organizmu?
-Robiłam dwa testy różnych firm, obydwa z wynikiem pozytywnym.
-Mario już o tym wie?
Pokręciłam głową.
-Sama dowiedziałam się kilka minut temu.
Wypuściła ze świstem powietrze z płuc.
-Im szybciej się dowie, tym lepiej, prawda?
-Tak... Chyba tak.
Właśnie sięgałam po telefon, żeby zadzwonić do piłkarza, gdy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Szybko się ogarnęłam, a w tym czasie Iggie poszła otworzyć.
-Hej, jest Dominika?
Akurat w momencie, w którym dziewczyna wpuszczała Mario do salonu, wyszłam od siebie z pokoju.
-Hej- przywitałam się z nim całusem w policzek.
-Porywam cie dzisiaj.
-A skąd wiesz że ja chce?- dałam mu pstryczka w nos i usiadłam obok.
-Jak już mówiłem: porywam cie, i nie masz nic do gadania.

~*~

-Powiedz mi, co w końcu zdecydowałaś?
Zatrzymałam się i złapałam go za ręce.
-W jakiej sprawie?
-Doskonale wiesz jakiej.
Westchnęłam.
-Będziesz zły, jeśli powiem że jeszcze nic?
-Rozczarowany- sprostował- Za kilka dni się przeprowadzam, chciałbym wiedzieć na czym stoję.
Uśmiechnęłam się lekko i splotłam jego palce ze swoimi.
-Wolałbyś żebym została, czy...
-Wyjechała ze mną- przerwał od razu.
Cmoknęłam go w policzek i pociągnęłam.
-I taką decyzje podjęłam.

*************************************************
#ŻAŁOSNE #BARDZIEJŻAŁOSNE #NAJBARDZIEJŻAŁOSNE #JAKTYUMIESZTOCZYTACPRZECIEZTOJESTTAKIEGLUPIEIBEZNADZIEJNE

Rozdział 41

-Moja głowa...- jęknęłam, podnosząc się z łóżka. Zerknęłam przelotnie na ubranie, w obawie, że będzie to błękitna sukienka ze snu. Prawie krzyknęłam widząc w pokoju Iggie w sukni ślubnej i Marthe, ubraną tak samo jak ja.
Cholera, czyli to nie był sen! 
-Żyjesz?- dziewczyny od razu rzuciły się w moim kierunku- Jesteś cholernie blada.
-żyje- mruknęłam i dodałam ze skruchą- Przepraszam, nie chciałam ci zepsuć ślubu.
Iggie machnęła tylko ręką.
-Nie ty go zepsułaś.
Kiwnęłam głową.
-Co ci się stało?- Martha przyłożyła mi rękę do czoła. Wzruszyłam ramionami.
-Może stres.
Zrobiła dziwną minę i wyszła z pokoju.
-Przebierz się już, wesele odwołane.
-A jesteście już małżeństwem?- zawołałam jeszcze za nią.
Zauważyłam jak kręci głową.

~*~

-Wychodzisz gdzieś dzisiaj?
Zerknęłam na Iggie znad gazety. Ostatnio była przybita, zdołowana i smutna. Na pocieszenie Marco kupił jej psa i od tego czasu miała trochę lepszy humor.
-Nie, raczej nie. Mam zostać z Milką?
Popatrzyła na mnie z wdzięcznością i wyszła z domu. Posiedziałam jeszcze trochę i ruszyłam do kuchni po coś do picia. W połowie drogi, zebrało mi się jednak na wymioty więc zmieniłam kurs i po chwili spuszczałam w toalecie całe śniadanie. 
Zerknęłam w lustro. Pewnie coś mi zaszkodziło. Już któryś dzień z rzędu. A może po prostu mam grypę żołądkową. Przemyłam twarz letnią wodą.
-Może powinnam się przewietrzyć- szepnęłam pod nosem zakładając buty. Właściwie już miałam wychodzić gdy gwałtownie zakręciło mi się w głowie. Resztkami sił doczołgałam się do kanapy. 
Nagle coś zaświtało mi w głowie. To niemożliwe skarciłam się w myślach. Na wszelki wypadek, wstałam jednak i pobiegłam do apteki. 

~*~

(Iggie)
-Wszędzie pełno reporterów- warknęłam do telefonu- Minęły już dwa tygodnie, a media wciąż tym żyją. Co w nas takiego interesującego?
-Nie wiem, skarbie. Wytrzymasz jeszcze jakoś?
-A mam wybór?- zapytałam z nadzieją. 
-Nie bardzo- niemal czułam jak Marco się uśmiecha- Musze kończyć, zaraz mam trening. Kocham cie. Pa. 
Wrzuciłam telefon do torebki i ruszyłam z powrotem do mieszkania. Nie było sensu włóczyć się po Dortmundzie. Ostatnimi czasy, nie było w nim nic co mogłoby mnie zainteresować.
Weszłam do domu i niemal od razu przy mojej nodze pojawiła się Milka. Pogłaskałam ją na przywitanie i skierowałam się do pokoju. 
Dominika siedziała w łazience z twarzą opuszczoną nisko. Podeszłam bliżej. 
-Coś się stało?- zapytałam, lekko szturchając ją w ramie. 
Odwróciła wzrok w moją stronę i zagryzła wargę. 
-Jestem w ciąży. 

******************************************************
TA TA DA DAAAAAAAAAAAAAAAAAAAM


niedziela, 19 stycznia 2014

Rozdział 40

-Ja, Marco, biorę sobie ciebie Iggie za żonę. Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.
W kościele dało się słyszeć wzdychania, pochlipywania. Wszyscy byli wzruszeni.
Nerwowo ścisnęłam końcówkę bukieciku. Mario złapał mnie za rękę i lekko po niej poklepał, jakby dodając mi otuchy. 
-Ja, Iggie, biorę sobie ciebie, Marco, za męża. I ślubuję ci, miłość, wierność i...
-STOP!
Wszyscy goście, łącznie z parą młodą odwrócili się w stronę wejścia. Otwarłam usta ze dziwienia, gdy zobaczyłam, że w drzwiach stoi nie kto inny, jak Łukasz. Nawet z pierwszej ławki, mogłam dostrzec jego zacięty wyraz twarzy. 
-Nie zgadzam się na ten ślub!
Podszedł w stronę ołtarza i uklęknął przed Iggie. Wszyscy wpatrywali się w niego. Zerknęłam przelotnie na Mario i pozostałych piłkarzy. Mieli tak samo zdruzgotane miny jak Marco i Iggie. 
-Łukasz, co ty odpierdzielasz?
Kuba podszedł do kolegi, ale Piszczek odepchnął go. Wpatrywał się w oczy dziewczyny i głośno powiedział.
-Iggie, ja cie kocham. W czym, ten blondasek, jest lepszy ode mnie?
Panna młoda wybuchnęła śmiechem i uderzyła piłkarza bukietem. Oszołomiła go tylko na chwilę, było to jednak wystarczająco długo, by zdążyła uciec spod ołtarza. Marco ruszył za nią.
Nie wiedziałam na co patrzeć. Na parę młodą, czy goniącego ich Łukasza. 
-Takie przypadki to tylko w Dortmundzie- szepnął mi do ucha Nuri, puścił oczko i odszedł. 
Pokręciłam z niedowierzaniem głową i ciągnąć Mario za rękę, wyszłam z kościoła. 
Na zewnątrz czekało mnóstwo ludzi. Było sporo gości, więcej jednak naliczyłam fotoreporterów. 
-Nawet tutaj, nie mogą sobie odpuścić?- Martha wyminęła mnie i podbiegła do limuzyny w której siedziała Iggie i Marco. Zamieniła z nimi kilka słów i odeszła w stronę swojego samochodu. 
Chciałam ruszyć za nią, jednak zaczęło kręcić mi się w głowie. 
Przed oczami zapanowała ciemność. 

***************************************************************
KRÓTKO, Z DUPY ITEPE ITEDE ALE CO TAM 
NASTĘPNY CHYBA BĘDZIE LEPSZY
NIE WIEM DO CZEGO ZMIERZAM CO TAM.

piątek, 17 stycznia 2014

Rozdział 39

-Która lepsza?
Zerknęłam przelotnie na sukienki pokazywane przez Iggie i wróciłam do oglądania swojego magazynu.
-Obie są ładne.
Westchnęła.
-W takim tempie nigdy nie znajdę sukienki.- mruknęła.
-Pomogłabym ci, ale mamy chyba trochę inne gusta- odłożyłam magazyn i sięgnęłam po następną gazetę.
-Cholera. Dlaczego Marthy tu nie ma- warknęła, wyrywając mi z ręki czasopismo.
-Bo jest na zajęciach.- odpowiedziałam, wstając z fotela.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Wszędzie stały sukienki ślubne, między manekinami kręciło się kilka osób, ekspedientka i krawcowa.
Czy to możliwe że Marco oświadczył się Iggie dopiero dwa tygodnie temu? Czułam jakby od tamtej pory minęły już wieki.
-Macie już ustaloną datę?
Zastanowiła się chwilę i również wstała. Poprawiła płaszcz i skierowała się w stronę wyjścia.
-Jeszcze nie. Ale pooglądać sukienki już mogę- puściła mi oczko. Wyszłyśmy ze sklepu i  do mieszkania.
-A co z tobą i Mario?- zapytała nagle. Zastanowiłam się chwilę nad odpowiedzią.
-Dobre pytanie.
Zatrzymała się gwałtownie.
-Powinnaś się wreszcie określić czy z nim wyjeżdżasz czy nie. Jesteś cholernie niezdecydowana.
Otwarłam usta ze zdziwienia.
-To nie jest takie proste- zauważyłam, chowając twarz za kaskadą włosów. Zebrało mi się na płacz, więc wyminęłam Iggie i ruszyłam do domu.
Dlaczego dla niej wszystko było takie proste? Ona nie miała problemów. Z chęcią oddałabym jej część swoich.
Zapatrzona w chodnik, zaszłam w nieznaną sobie część Dortmundu. Westchnęłam, siadając na ławce. Usiadłam na ławce. Przed oczami stanęły mi wszystkie dobre chwile, które mnie tutaj spotkały. W każdym obrazie widoczny był Mario. Decyzja byłaby łatwiejsza do podjęcia, gdyby nie to, że wszędzie była też Iggie. Na niektórych przewinął się też Marco, Robert. Nawet Alex i Martha.
Łzy potoczyły się po mojej twarzy. Włożyłam słuchawki do uszu. Niemal od razu potoczyła się przez nie, kojąca muzyka.

~*~

Kiedy to minęło? zapytałam samą siebie, przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze. Kilka miesięcy, przeleciało szybciej niż bym sobie tego życzyła i nim się obejrzałam Mario mieszkał już w Monachium grając dla Bawarczyków, a Iggie była już gotowa do swojego ślubu. A ja? Wciąż nie podjęłam decyzji.
Wiedziałam jednak, że muszę się pospieszyć. Mario na pewno nie będzie czekał wiecznie.
Rzuciłam ostatnie spojrzenie dziewczynie w błękitnej sukience i wyszłam z pokoju. Stanęłam przed małym kościółkiem w którym para miała wziąć ślub. Po chwili dołączyła do mnie Martha, ubrana w podobną sukienkę. Za nami stanęła Iggie.
-Gotowa na swój wielki dzień?
Blondynka wręczyła mnie do ręki koszyk z płatkami kwiatków. Iggie kiwnęła głową. usłyszałyśmy pierwsze dźwięki marszu weselnego, więc zerknęłam jeszcze na dziewczyny i ruszyłam.