piątek, 11 kwietnia 2014

Rozdział 47

Kilka następnych dni pamiętam jak przez mgłę. Na początku wydawało mi się, że wszystko w porządku, a do rozstania i tak wcześniej czy później by doszło. Ale z każdą godziną, przesiedzianą w pokoju zdawałam sobie sprawę, że nie chciałam by tak to się zakończyło. To nie był scenariusz, który napisałam.
Alex odwiedziła mnie jeszcze kilka razy. Musiałam przyznać, że nawet ją polubiłam. Choć początkowo wydawała się być sceptycznie nastawiona do wszystkiego, zrzędliwa i ogółem nieprzyjemna, okazała się być naprawdę fajną dziewczyną. Miała po prostu trudny charakter, który trzeba było poznać trochę lepiej, by zauważyć, że wśród wielu wad, ma także dużo zalet.
W mieszkaniu pojawiał się także Marco. Kilka razy został wyrzucony przez Iggie, która nie miała najmniejszego zamiaru z nim rozmawiać, a fakt, że piłkarz przyszedł do mnie, zupełnie jej nie interesował. Kiedy jednak przychodził, a Iggie nie było siedział kilka minut, wpatrywał się we mnie i pytał co u mnie ciekawego. Odpowiedź zawsze była taka sama: nic. 
Po mniej więcej tygodniu postanowiłam wreszcie wyjść z domu. Spacer był krótki i czysto zawodowy- do biura, złożyć raport i z powrotem do domu. Choć wyszłam na zaledwie kilka chwil, zdążyłam zobaczyć dość, by mieć świadomość, że to był kiepski pomysł. W ciągu dziesięciu minut, minęło mnie milion szczęśliwych par, trzymających się za rączkę i całujących się w obleśnie głośny sposób. Miałam ochotę podejść do każdej z dziewczyn i powiedzieć jej zostaw go i tak cię zrani. Ale wiedziałam, że to nie miałoby sensu. W końcu to, że mnie tak ktoś zostawił, nie oznacza, że inni faceci też są świniami.
Oparłam się o ścianę pobliskiego budynku czując, że robi mi się słabo i duszno. Odetchnęłam chwilę, zastanawiając się gdzie ja właściwie jestem. Trafiłam do części miasta dla osób uzależnionych od hazardu. Co kilka kroków dało dostrzec się budkę z automatami, zżerającymi pieniądze.
Z jednej z nich wyszła Iggie wspierana na jakimś kolesiu. Musiałam dobrze wytężyć wzrok by upewnić się, że to ona. Nie mogłam uwierzyć, że znalazła się w takim miejscu. To było zupełnie do niej niepodobne.
-Iggie?- krzyknęłam w jej stronę, ale zupełnie mnie zignorowała.
Potem poczułam silne uderzenie w tył głowy i zapanowała ciemność.

~*~

Obudziłam się w szpitalu, z przeszywającym bólem głowy. Uczucie nie należało do najprzyjemniejszych dlatego gdy się nasiliło, miałam ochotę rozpłakać się jak dziecko.
Okazało się, że ktoś mnie napadł. Nie zginęło mi wiele, zaledwie portfel z kilkoma banknotami o małej wartości. O i jeszcze jedno. Dziecko.
Nie słuchałam jak to się dokładniej stało, bo mnie to nie interesowało, ale lekarze podejrzewali, że to z powodu upadku na chodnik. Walnęłam o krawężnik dość porządnie.
Ale tym akurat się nie przejmowałam. Ba, cieszyło mnie to. Byłam sadystką, z jakimś spaczeniem, ale wolałam żeby zginęło- i tak nie miało jeszcze uczuć- niż miało się wychowywać bez ojca, do tego z matką pozostającą wiele do życzenia. Poronienie rozwiązało za mnie sprawę aborcji, do której nie byłabym zdolna.
W mojej sali poza lekarzami i pielęgniarkami, nie było nikogo. Dziwiłam się, że nikt nie przychodzi, ale usprawiedliwiłam to nawałem pracy. Kiedy jednak przyszedł weekend i wiedziałam, że wszyscy mają wolne, a mimo moich usilnych próśb i telefonów wykonanych ze szpitalnego stacjonarnego, nikt nie przyszedł, zaczęłam się martwić.
Nie chcą ze mną rozmawiać? Zaczęli mnie ignorować? Z każdą chwilę robiło mi się coraz bardziej przykro.
W depresje nie popadłam tylko dzięki Kylie. Leżała w sali obok mnie i często rozmawiałyśmy. Byłyśmy bardzo podobne.
Kylie chorowała na raka. Nie wiedziała ile czasu jej zostało, biorąc jednak pod uwagę złośliwość choroby i losu- niewiele. Lubiłam z nią rozmawiać. Mimo młodego wieku była bardzo dojrzała i zazwyczaj zachowywała powagę, zupełne przeciwieństwo Iggie. Kiedy byłam wypisywana, Kylie jeszcze zostawała w szpitalu, ale obiecałam jej, że kiedyś się spotkamy.
W domu, do którego dotarłam z trudem zastałam Mario i Iggie. Zmierzyłam zdziwionym spojrzeniem ich splecione palce i reszte mieszkania, opróżnionego z rzeczy Iggie. Podchodziłam do kanapy, gdy od tyłu przytulił mnie Marco.
-Musimy pogadać- szepnął mi na ucho.
Wzniosłam oczy do nieba. Zapowiada się ciekawie.


1 komentarz: