Alex odwiedziła mnie jeszcze kilka razy. Musiałam przyznać, że nawet ją polubiłam. Choć początkowo wydawała się być sceptycznie nastawiona do wszystkiego, zrzędliwa i ogółem nieprzyjemna, okazała się być naprawdę fajną dziewczyną. Miała po prostu trudny charakter, który trzeba było poznać trochę lepiej, by zauważyć, że wśród wielu wad, ma także dużo zalet.
W mieszkaniu pojawiał się także Marco. Kilka razy został wyrzucony przez Iggie, która nie miała najmniejszego zamiaru z nim rozmawiać, a fakt, że piłkarz przyszedł do mnie, zupełnie jej nie interesował. Kiedy jednak przychodził, a Iggie nie było siedział kilka minut, wpatrywał się we mnie i pytał co u mnie ciekawego. Odpowiedź zawsze była taka sama: nic.
Po mniej więcej tygodniu postanowiłam wreszcie wyjść z domu. Spacer był krótki i czysto zawodowy- do biura, złożyć raport i z powrotem do domu. Choć wyszłam na zaledwie kilka chwil, zdążyłam zobaczyć dość, by mieć świadomość, że to był kiepski pomysł. W ciągu dziesięciu minut, minęło mnie milion szczęśliwych par, trzymających się za rączkę i całujących się w obleśnie głośny sposób. Miałam ochotę podejść do każdej z dziewczyn i powiedzieć jej zostaw go i tak cię zrani. Ale wiedziałam, że to nie miałoby sensu. W końcu to, że mnie tak ktoś zostawił, nie oznacza, że inni faceci też są świniami.
Oparłam się o ścianę pobliskiego budynku czując, że robi mi się słabo i duszno. Odetchnęłam chwilę, zastanawiając się gdzie ja właściwie jestem. Trafiłam do części miasta dla osób uzależnionych od hazardu. Co kilka kroków dało dostrzec się budkę z automatami, zżerającymi pieniądze.
Z jednej z nich wyszła Iggie wspierana na jakimś kolesiu. Musiałam dobrze wytężyć wzrok by upewnić się, że to ona. Nie mogłam uwierzyć, że znalazła się w takim miejscu. To było zupełnie do niej niepodobne.
-Iggie?- krzyknęłam w jej stronę, ale zupełnie mnie zignorowała.
Potem poczułam silne uderzenie w tył głowy i zapanowała ciemność.
~*~
Obudziłam się w szpitalu, z przeszywającym bólem głowy. Uczucie nie należało do najprzyjemniejszych dlatego gdy się nasiliło, miałam ochotę rozpłakać się jak dziecko.
Okazało się, że ktoś mnie napadł. Nie zginęło mi wiele, zaledwie portfel z kilkoma banknotami o małej wartości. O i jeszcze jedno. Dziecko.
Nie słuchałam jak to się dokładniej stało, bo mnie to nie interesowało, ale lekarze podejrzewali, że to z powodu upadku na chodnik. Walnęłam o krawężnik dość porządnie.
Ale tym akurat się nie przejmowałam. Ba, cieszyło mnie to. Byłam sadystką, z jakimś spaczeniem, ale wolałam żeby zginęło- i tak nie miało jeszcze uczuć- niż miało się wychowywać bez ojca, do tego z matką pozostającą wiele do życzenia. Poronienie rozwiązało za mnie sprawę aborcji, do której nie byłabym zdolna.
W mojej sali poza lekarzami i pielęgniarkami, nie było nikogo. Dziwiłam się, że nikt nie przychodzi, ale usprawiedliwiłam to nawałem pracy. Kiedy jednak przyszedł weekend i wiedziałam, że wszyscy mają wolne, a mimo moich usilnych próśb i telefonów wykonanych ze szpitalnego stacjonarnego, nikt nie przyszedł, zaczęłam się martwić.
Nie chcą ze mną rozmawiać? Zaczęli mnie ignorować? Z każdą chwilę robiło mi się coraz bardziej przykro.
W depresje nie popadłam tylko dzięki Kylie. Leżała w sali obok mnie i często rozmawiałyśmy. Byłyśmy bardzo podobne.
Kylie chorowała na raka. Nie wiedziała ile czasu jej zostało, biorąc jednak pod uwagę złośliwość choroby i losu- niewiele. Lubiłam z nią rozmawiać. Mimo młodego wieku była bardzo dojrzała i zazwyczaj zachowywała powagę, zupełne przeciwieństwo Iggie. Kiedy byłam wypisywana, Kylie jeszcze zostawała w szpitalu, ale obiecałam jej, że kiedyś się spotkamy.
W domu, do którego dotarłam z trudem zastałam Mario i Iggie. Zmierzyłam zdziwionym spojrzeniem ich splecione palce i reszte mieszkania, opróżnionego z rzeczy Iggie. Podchodziłam do kanapy, gdy od tyłu przytulił mnie Marco.
-Musimy pogadać- szepnął mi na ucho.
Wzniosłam oczy do nieba. Zapowiada się ciekawie.
kylie<33333333
OdpowiedzUsuń