wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział 50.

Zaczęłam sprzątać roztrzaskane szkło, jeszcze zanim przyszła kelnerka, którą serdecznie przeprosiłam za problem. Uśmiechnęła się pokrzepiająco i odeszła.
-Nie przypuszczałam, że mi uwierzysz- Alex spojrzała na mnie znad filiżanki. 
-Chyba mi teraz nie powiesz, że to był żart- warknęłam. 
-Byłby mało śmieszny. Zresztą, chyba nie wyglądam jakbym się śmiała.
Poszłam uregulować rachunek, a gdy wróciłam do stołu dziewczyna stała już gotowa do wyjścia. 
-Jeśli potrzebujesz pocieszenia, albo jakiś głębszych wyjaśnień to chętnie pójdę z tobą do domu. Strasznie zbladłaś. 
-Kiepsko się poczułam, to wszystko- uśmiechnęłam się blado, ruszając do wyjścia, a potem kierując się do mieszkania. 

~*~

-Więc zacznij od początku.- poprosiłam, gdy Alex zajęła miejsce na przeciwko mnie. 
Dziewczyna długo ociągała się z odpowiedzią. Co parę chwil rzucałam w jej stronę wyczekujące spojrzenie, mając nadzieję na jakieś wyjaśnienia. W końcu zaczerpnęła powietrza, a słowa wyleciały z jej ust z ogromną prędkością, boleśnie wbijając mi się do głowy. 
Na początku nic nie rozumiałam, ciężko mi też było uwierzyć. Nigdy bym go o coś takiego nie podejrzewała, wydawał się być naprawdę w porządku. 
-A potem weszłam do ich mieszkania i BUM. 
Przestałam słuchać, zupełnie nie dając sobie nic powiedzieć.
-Marco nie był i nie jest draniem, nie zrobiłby czegoś takiego. 
-A jakoś zrobił!- wykrzyknęła sfrustrowana. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. 
-Dlaczego tak nagle zależy ci na tym, żebym w to uwierzyła? Chcesz nas skłócić? 
-Skąd, głupia babo! Chcę cię uchronić przed tym dupkiem.
Zmierzyłam ją znudzonym spojrzeniem i pokręciłam głową z dezaprobatą. 
-Ktoś to może potwierdzić? Jakoś przestałam ci wierzyć. 
To wszystko wydawało się być grubymi nićmi szyte. 
-Możemy zadzwonić po Clarie. Albo do niej iść. Ona może dostarczyć ci nawet pikantniejszych szczegółów. 
Westchnęłam, wzruszając ramionami. W sumie, co mi szkodzi? 
-Dobrze i tak nie mam nic do stracenia. Więc? Kiedy do niej idziemy? 

~*~

Następnego dnia, od samego rana byłam negatywnie nastawiona do świata. Zupełnie nie miałam ochoty na rozmowy, ani z Mają, która od siódmej dobijała się na komórkę, ani z Marco, który zresztą robił to samo. Blondyn nawet zaszczycił mnie swoją obecnością: jakież było moje zdziwienie, gdy zapukał do drzwi, a kiedy je otwarłam, zamiast jego twarzy zobaczyłam ogromny bukiet kwiatów. To co wczoraj mówiła Alex, przestało brzmieć wiarygodnie, szczególnie kiedy widziałam szczerą, uśmiechniętą twarz piłkarza. Przecież to niemożliwe, żeby to zrobił. On by nie mógł. I wiedziałam o tym od początku. Dlaczego więc na początku jej uwierzyłam? Tego nie wiem. Może po prostu szukałam dziury w całym, czego zresztą żałowałam. 
Około południa, Marco wybrał się na trening, ja zaś, umówiona byłam z Alex i Clarie. Tym razem, żeby nie ryzykować stłuczenia kolejnego naczynia, postanowiłyśmy, że spotkamy się w parku. 
Clarie jednak mówiła dokładnie to samo co Alex. 
-Dlaczego chcecie nas skłócić? Dobrze nam razem. 
-Nie chcę was skłócić- stwierdziła Alex- Zresztą mówiłam to już wczoraj.
Clarie milczała. Wbiłam w nią chłodne spojrzenie i czekałam na odpowiedź. 
-A ja może nawet chcę. Ale nie dlatego, że jestem wredna, po prostu nie chcę być sama. Wydawało mi się, że się w sobie zakochaliśmy. 
Pokręciłam głową z dezaprobatą i wstałam. 
-Nie chce mi się was słuchać, to powoli robi się żałosne. 
Odeszłam na kilka kroków, kiedy usłyszałam za sobą kroki, a kilka sekund po tym, przede mną ukazała się Clarie. 
-Tylko nie mów potem, że nie ostrzegałam. On mnie zranił i nie chcę tego samego dla ciebie. 


~*~

Wracając do domu, wciąż o tym myślałam. Jedyna słuszna opcja jaka mi przyszła do głowy, to zapytać o całą tę sytuację Marco. Obiecałam sobie, że zrobię to w najbliższym czasie, a najlepiej jutro, bo wyglądało na to, że nie przestanę o tym myśleć. Rozsiadłam się na kuchennym blacie, z kubkiem zielonej herbaty. Usłyszałam dźwięk kluczy wkładanych do zamka, jego ciche przekręcenie i otwieranie drzwi.
-Nikki? Jesteś tu?
-W kuchni Marco- odpowiedziałam.
-Zostań tam! I najlepiej zasłoń oczy.
Zmarszczyłam brwi.
-Po co?
-A możesz to zrobić?
Niechętnie zamknęłam i czekałam. Wyraźnie słyszałam jego kroki, z każdą chwilą coraz bliżej. Poczułam jak siada obok mnie, po drodze szturchając kubek z napojem, który teraz kapał z blatu na podłogę i moje nogi.
-Możesz otworzyć- szepnął mi tuż przy uchu. Podniosłam powieki, a przed moimi oczami ukazała się malutka mordka, słodko śpiącego szczeniaka. Westchnęłam zachwycona.
-Jaki cudny!
-Cudna- poprawił mnie z uśmiechem- Cieszę się, ze ci się podoba.
-Mam rozumieć, że to prezent dla mnie?- zapytałam, całując go w podzięce.
-Powiedzmy, że według mojego kalendarza urodziny masz trochę wcześniej. Wymyśliłaś już imię?
-A mam wymyślić? To może Milka.
-Skąd ci się taki pomysł wziął?- zapytał ze śmiechem.
-Po prostu mam ochotę na czekoladę.
-Wybacz, nie zdążyłem już kupić. Przywiozę ci jutro- obiecał, cmokając mnie w policzek.
Przyglądałam się chwilę, leżącej w jego rękach kulce.
-Marco, a kupiłeś mu może jakiś kojec?
-Oczywiście, że tak, za kogo ty mnie masz- oburzył się- Przypuszczam, że i tak nie będzie w nim spała, pewnie wyląduje w łóżku.
Uśmiechnęłam się, bawiąc się jego włosami. Tak dobrze mnie znał. 

wtorek, 27 maja 2014

Rozdział 49

Następnego dnia, w wyśmienitym humorze wybrałam się na zakupy. Zazwyczaj to Iggie biegała po spożywczakach, więc gdy jej zabrakło lodówka bardzo szybko zrobiła się pusta.
Na myśl o Iggie coś mnie zakuło. Dzisiaj mijał tydzień odkąd wyjechała do Monachium z Mario. Dotarło to do mnie, dopiero gdy spojrzałam na telefon i wyświetlającą się na ekranie datę. Wcześniej, Marco skutecznie kradł mi czas na przemyślenia, a ponieważ dzisiaj wybrał się gdzieś ze znajomymi, miałam kilka godzin dla siebie.
Zastanawiałam się, jak Iggie radzi sobie w Monachium. Nie wątpiłam, że Mario wspiera ją jak może, ale sam dopiero niedawno się tam znalazł i na pewno nie zdążył zawiązać jeszcze nowych znajomości. Myślałam o tym, z kim Iggie zacznie się kolegować. Do tej pory trzymała z dziewczynami piłkarzy z Borussii, ale nie byłam przekonana co do tego czy z tamtymi zaprzyjaźni się tak samo. Monachijki wydawały mi się sztuczne i fałszywe.
Najbardziej przykro zrobiło mi się w momencie, gdy uświadomiłam sobie, że od czasu kiedy wyszła wtedy z mieszkania, nie odezwała się do mnie ani słowem. Dzwoniłam do niej kilka razy, ale zawsze odzywała się poczta głosowa. Zostawiłam jedną, lub dwie wiadomości z prośbą o oddzwonienie, ale albo je zignorowała, albo po prostu jeszcze nie odebrała.
Zamknięta w świecie własnych uczuć i przemyśleń, nieświadomie krążyłam po Dortmundzie. Niewidzącym wzrokiem patrzyłam na chodnik i na to jak stawiam nogi. W końcu z kimś się zderzyłam.
Wydukałam ciche przepraszam i chciałam ruszyć dalej, ale osoba, w którą uderzyłam uparcie stała przede mną.
-Halo, tu ziemia- w końcu zwróciłam uwagę na dziewczynę. Ciemne kręcone włosy, zgrabna sylwetka, urocza twarz i wyszczerzone zęby.
-Hej Alex- uśmiechnęłam się blado- Przepraszam, że cię nie zauważyłam, jestem dzisiaj trochę zamyślona.
-Trochę?- zaśmiała się- Właśnie szłam w twoją stronę. Idziesz na zakupy? Chętnie ci pomogę, muszę z tobą porozmawiać.
Nie dopuszczając mnie do słowa, pociągnęła mnie w stronę głównej drogi, a stamtąd do galerii handlowej. Nieświadomie skojarzyła mi się z Iggie. Zachowywała się bardzo podobnie- byłą rozgadana i wesoła.
Starałam się jej słuchać, ale wciąż wracałam myślami do Iggie, albo do Marco. O ile na myśl o dziewczynie robiło mi się nieprzyjemnie, o tyle o blondynie mogłabym myśleć całymi dniami i nocami. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie przez ostatni tydzień, do tego stopnia, że chciał mnie nawet zaprosić do rodziców. Dziwnie było myśleć, że jeszcze całkiem niedawno spotykał się z Iggie, a teraz mnie zawrócił w głowie.
Po zrobionych zakupach, zaproponowałam Alex kawę. Wybrałyśmy się więc do kawiarni i zajęłyśmy pierwsze wolne miejsca.
-To prawda, że spotykasz się teraz z Marco?
Choć pomyślałam, że to nie do końca jej sprawa i powinna pilnować swoich spraw, to kiwnęłam głową.
-Możesz mi nie wierzyć, ale widziałam go z Clarie.
Naszła mnie ochota na śmiech. Aby ukryć grymas na twarzy, upiłam łyk przyniesionej kawy.
-No i co? Przecież może się spotykać z kim chce.
-Nie jestem pewna czy zrozumiałaś- zagryzła wargi- Widziałam ich. Razem. W jednym łóżku.
Wypowiedziane przez dziewczynę słowa, sprawiły, że filiżanka z gorącym napojem wylądowała na podłodze, tłukąc się na miliony kawałków.

****************************************************************************

sobota, 3 maja 2014

Rozdział 48

-Są razem?- zapytałam, opierając się o ścianę na klatce schodowej. Marco wypuścił ze świstem powietrze z płuc.
-Można tak powiedzieć.
Zmarszczyłam brwi.
-Można?
-Nie mówią, że są razem, ale jak widzisz...
-Rozumiem- mruknęłam, przerywając mu.
Zastanawiałam się chwilę, o co jeszcze chciałabym go zapytać. Miałam taki mętlik, że nic sensownego nie przychodziło mi do głowy.
-O co chodziło z tym przytuleniem?- zapytałam w końcu, marszcząc brwi.
Blondyn milczał.
-To skomplikowane.
Otwarłam usta ze zdziwienia. Nie przypuszczałam, że tyle mogło się wydarzyć przez kilka dni mojej nieobecności. Opadłam lekko na schodek i podparłam głowę na ręce.
-Mamy dużo czasu, możesz mi wszystko wyjaśnić- wbiłam w niego wyczekujące spojrzenie.
Spuścił wzrok i się nie odzywał. Czekałam spokojnie. W głębi duszy czułam, że musi się przełamać i skleić pierwsze zdania, a te zawsze przychodzą najtrudniej. Utkwiłam wzrok w beżowej ścianie. Gdy Marco w końcu zaczął, jego głos był tak cichy, że musiałam podejść by go usłyszeć.
-Bo... Nie wiem jak ci to wyjaśnić, to już dawno się zaczęło.- wypuścił ze świstem powietrze i kontynuował- W sumie odkąd przyjechałaś. Kręciłem wtedy z Carolin, potem z Iggie, ciebie nie zauważałem. Ale potem, gdy Iggie zerwała zaręczyny... Nie wiem jakoś zacząłem zwracać większą uwagę na ciebie, bo cały czas trzymała się z tobą.
Przerwał na moment, by zaczerpnąć powietrza. Było to może kilka sekund, ale dla mnie trwało niczym cała wieczność. Kiedy znowu zaczął, jego głos był znacznie pewniejszy niż na początku. Najwyraźniej najtrudniejszy moment, dla niego już minął.
-Potem ten pocałunek w kawiarni... Cholera no, Dominika.
-Co?- podniosłam głowę, którą do tej pory miałam schyloną. W tym samym momencie Marco złapał moją twarz w swoje dłonie i pocałował mnie.

~*~

-Powiedziałem im, że jesteśmy razem. Na początku nie chcieli wierzyć, ale chyba w końcu się przekonali.
Uśmiechnęłam się lekko i oparłam głowę o jego ramię.
-Zabawne, jak to wszystko się potoczyło.
-Nie widzę w tym nic zabawnego- cmoknął mnie w czubek głowy.
-A co z Iggie i Mario? Wyjeżdżają?
-Z tego co mi wiadomo, tak.
Wstałam i ruszyłam za blondynem w stronę kawiarni,w  której pierwszy raz mnie pocałował.
-Szybko się pocieszyli po rozstaniu- mruknął niezadowolony.
-To samo można powiedzieć o nas- zaśmiałam się, siadając przy tym samym stoliku, co wtedy.
-Oj tam- uśmiechnął się uroczo. Zadrżało mi serce na ten widok.
-A co z mieszkaniem?- zapytałam, nagle uświadamiając sobie, że przecież to Iggie była właścicielką apartamentu- Sprzedaje je?
-Nic mi na ten temat nie wiadomo. Chyba zostawi je tobie- złapał mnie, za trzęsącą się rękę- Hej, nie martw się. Jakby co, możesz mieszkać u mnie- puścił mi oczko.
Wyszczerzyłam zęby. Zapowiadało się ciekawe życie.

~*~ 

-Gdzie tak długo byliście? Chcieliśmy wyjść, ale nie mieliście kluczy i nie chciałam cię na progu zostawiać.
-Jakby co poszlibyśmy do Marco- powiedziałam, opadając na kanapę. Iggie rzuciła we mnie pobliską poduszką.
-Było do mnie zadzwonić. Siedzieliśmy tu jak jakieś głupki.
-Na pewno dobrze zorganizowaliście sobie czas- odparłam złośliwie.
Odwróciła się gwałtownie i pokazała mi język.
-Ty się lepiej nie wypowiadaj. Już ja wiem, co ty robiłaś tam z Marco.
Już miała wychodzić, kiedy nagle wróciła, zamknęła z trzaskiem drzwi i usiadła obok mnie.
-Czemu mi nie powiedziałaś małpo?
-O czym?- zdziwiłam się, przyciskając mocniej poduszkę do siebie.
-O tym, że ty i Marco...
-Ty też mi nie powiedziałaś o sobie i Mario- zauważyłam, wstając.
-Bo myślałam, że to dla ciebie trudne. Nie rozstaliście się dawno.- ruszyła za mną.
-Ty i Marco to też nie jakaś odległa historia.- za wszelką cenę, chciałam uniknąć odpowiedzi. Nie miałam zamiaru ujawnić kłamstwa blondyna. Nie miało znaczenia, że teraz to prawda.
-Ale ja i Marco nigdy tak naprawdę nie istnieliśmy.
Zatrzymałam się gwałtownie.
-Nigdy nic do niego nie czułaś?- zapytałam zdziwiona.
Wzruszyła ramionami.
-Nie, raczej nie.
Wcześniej mówiłaś coś innego przeleciało mi przez myśl, jednak nie powiedziałam tego głośno. Doszłam do wniosku, że może nie słyszy co mówi, albo nie kontroluje tego i dlatego plecie takie bzdury.
-Skoro tak twierdzisz.- mruknęłam. Weszłam do pokoju i zamknęłam drzwi. Położyłam się na łóżku. Wszędzie było tak pusto... Zapomniałam wypakować rzeczy. Obiecałam sobie, że zrobię to następnym razem i zamknęłam oczy. Zanim zasnęłam, rzucił mi się w oczy sms od Marco.

Dobranoc królewno :*

Zaśmiałam się w duchu. Trochę dziecinne, a jak potrafi poprawić humor. Nie rozumiałam jak Iggie mogła wygadywać takie bzdury. Marco nie był tylko atrakcyjny i bogaty. Był kimś więcej. Nie byłam w stanie powiedzieć, dlaczego w ciągu jednego dnia stał się dla mnie taki ważny, ale cieszyłam się, że jesteśmy razem. Może po prostu on i Iggie nie byli sobie pisani. Miałam nadzieję, że ona i Mario jakoś ułożą sobie życie.


piątek, 11 kwietnia 2014

Rozdział 47

Kilka następnych dni pamiętam jak przez mgłę. Na początku wydawało mi się, że wszystko w porządku, a do rozstania i tak wcześniej czy później by doszło. Ale z każdą godziną, przesiedzianą w pokoju zdawałam sobie sprawę, że nie chciałam by tak to się zakończyło. To nie był scenariusz, który napisałam.
Alex odwiedziła mnie jeszcze kilka razy. Musiałam przyznać, że nawet ją polubiłam. Choć początkowo wydawała się być sceptycznie nastawiona do wszystkiego, zrzędliwa i ogółem nieprzyjemna, okazała się być naprawdę fajną dziewczyną. Miała po prostu trudny charakter, który trzeba było poznać trochę lepiej, by zauważyć, że wśród wielu wad, ma także dużo zalet.
W mieszkaniu pojawiał się także Marco. Kilka razy został wyrzucony przez Iggie, która nie miała najmniejszego zamiaru z nim rozmawiać, a fakt, że piłkarz przyszedł do mnie, zupełnie jej nie interesował. Kiedy jednak przychodził, a Iggie nie było siedział kilka minut, wpatrywał się we mnie i pytał co u mnie ciekawego. Odpowiedź zawsze była taka sama: nic. 
Po mniej więcej tygodniu postanowiłam wreszcie wyjść z domu. Spacer był krótki i czysto zawodowy- do biura, złożyć raport i z powrotem do domu. Choć wyszłam na zaledwie kilka chwil, zdążyłam zobaczyć dość, by mieć świadomość, że to był kiepski pomysł. W ciągu dziesięciu minut, minęło mnie milion szczęśliwych par, trzymających się za rączkę i całujących się w obleśnie głośny sposób. Miałam ochotę podejść do każdej z dziewczyn i powiedzieć jej zostaw go i tak cię zrani. Ale wiedziałam, że to nie miałoby sensu. W końcu to, że mnie tak ktoś zostawił, nie oznacza, że inni faceci też są świniami.
Oparłam się o ścianę pobliskiego budynku czując, że robi mi się słabo i duszno. Odetchnęłam chwilę, zastanawiając się gdzie ja właściwie jestem. Trafiłam do części miasta dla osób uzależnionych od hazardu. Co kilka kroków dało dostrzec się budkę z automatami, zżerającymi pieniądze.
Z jednej z nich wyszła Iggie wspierana na jakimś kolesiu. Musiałam dobrze wytężyć wzrok by upewnić się, że to ona. Nie mogłam uwierzyć, że znalazła się w takim miejscu. To było zupełnie do niej niepodobne.
-Iggie?- krzyknęłam w jej stronę, ale zupełnie mnie zignorowała.
Potem poczułam silne uderzenie w tył głowy i zapanowała ciemność.

~*~

Obudziłam się w szpitalu, z przeszywającym bólem głowy. Uczucie nie należało do najprzyjemniejszych dlatego gdy się nasiliło, miałam ochotę rozpłakać się jak dziecko.
Okazało się, że ktoś mnie napadł. Nie zginęło mi wiele, zaledwie portfel z kilkoma banknotami o małej wartości. O i jeszcze jedno. Dziecko.
Nie słuchałam jak to się dokładniej stało, bo mnie to nie interesowało, ale lekarze podejrzewali, że to z powodu upadku na chodnik. Walnęłam o krawężnik dość porządnie.
Ale tym akurat się nie przejmowałam. Ba, cieszyło mnie to. Byłam sadystką, z jakimś spaczeniem, ale wolałam żeby zginęło- i tak nie miało jeszcze uczuć- niż miało się wychowywać bez ojca, do tego z matką pozostającą wiele do życzenia. Poronienie rozwiązało za mnie sprawę aborcji, do której nie byłabym zdolna.
W mojej sali poza lekarzami i pielęgniarkami, nie było nikogo. Dziwiłam się, że nikt nie przychodzi, ale usprawiedliwiłam to nawałem pracy. Kiedy jednak przyszedł weekend i wiedziałam, że wszyscy mają wolne, a mimo moich usilnych próśb i telefonów wykonanych ze szpitalnego stacjonarnego, nikt nie przyszedł, zaczęłam się martwić.
Nie chcą ze mną rozmawiać? Zaczęli mnie ignorować? Z każdą chwilę robiło mi się coraz bardziej przykro.
W depresje nie popadłam tylko dzięki Kylie. Leżała w sali obok mnie i często rozmawiałyśmy. Byłyśmy bardzo podobne.
Kylie chorowała na raka. Nie wiedziała ile czasu jej zostało, biorąc jednak pod uwagę złośliwość choroby i losu- niewiele. Lubiłam z nią rozmawiać. Mimo młodego wieku była bardzo dojrzała i zazwyczaj zachowywała powagę, zupełne przeciwieństwo Iggie. Kiedy byłam wypisywana, Kylie jeszcze zostawała w szpitalu, ale obiecałam jej, że kiedyś się spotkamy.
W domu, do którego dotarłam z trudem zastałam Mario i Iggie. Zmierzyłam zdziwionym spojrzeniem ich splecione palce i reszte mieszkania, opróżnionego z rzeczy Iggie. Podchodziłam do kanapy, gdy od tyłu przytulił mnie Marco.
-Musimy pogadać- szepnął mi na ucho.
Wzniosłam oczy do nieba. Zapowiada się ciekawie.


piątek, 28 marca 2014

Rozdział 46

-Możemy pogadać? 
-Um, jasne wejdź.
Otwarłam szerzej drzwi, by chłopak mógł wejść i  zaprowadziłam go do salonu. 
-Więc w czym problem? 
-Ja... Myślę, że powinniśmy zerwać.
-Przesłyszałam się? Niedawno zaproponowałeś mi wspólne zamieszkanie.- zauważyłam. 
-Oferta jest... Trochę nieaktualna.- uśmiechnął się lekko. 
-Zdążyłam zauważyć. A mogę poznać powód?- uśmiechnęłam się w taki sam sposób. 
-Jesteś w cholerę niezdecydowana!
Wbiłam w niego lodowate spojrzenie. 
-Założę się, że gdybym ci dała tyle samo czasu i tą samą decyzję, zdążyłbyś zmienić zdanie dwieście razy, a i tak nie byłbyś zdecydowany. 
Wypuścił ze świstem powietrze z płuc. 
-Irytuje mnie to po prostu. 
-Zrywasz ze mną tylko dlatego? Kilka godzin temu mówiłeś, że dajesz mi wybór i mogę przylecieć kiedy chcę! 
Wzruszył ramionami.
-Zerwałbyś ze mną, gdybym była teraz z tobą w Monachium? 
-Pewnie nie. 
Pokręciłam z niedowierzaniem głową i uderzyłam go w twarz.
-Tak fałszywej osoby, jeszcze nie widziałam. 
Rozmasował zaczerwieniony policzek i wybiegł z mieszkania. 
 
~*~
 
Nad ranem znowu usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie miałam najmniejszej ochoty otwierać. Wieczorna rozmowa z Mario, upewniła mnie w przekonaniu, że 90% ludzi to świnie i nie warto poświęcać im czasu.
Osoba stojąca przed drzwiami nie zamierzała odpuścić. Stała i dzwoniła dobre piętnaście minut. W końcu wstałam i otwarłam.
-Musimy pogadać. 
Jęknęłam, słysząc znowu to samo stwierdzenie.
-Czego tu chcesz?
Uniosła w zdziwieniu brwi. 
-Nie musisz być taka ostra. 
Zmierzyłam ją lodowatym spojrzeniem. 
-O czym chciałaś porozmawiać?- weszłam do kuchni i nalałam do szklanek soku. Podałam jedną dziewczynie, z drugiej się napiłam. 
-Widziałam wczoraj Mario. 
Wzniosłam oczy do nieba. 
-Całował się z Iggie. 
Otwarłam szerzej oczy ze zdziwienia. 
-Co? Kiedy? Gdzie? Co? Jak? Opowiadaj! 
Usiadła na krześle.
-Wracałam od Clarie... I widziałam ich w parku. Powinnaś z nim pogadać. On cie zdradza!- oburzyła się. Uśmiechnęłam się lekko. 
-Nie interesuje mnie to z kim się całuje, gdzie i kiedy.  Już nie. 
Zmarszczyła brwi. 
-Zerwaliśmy. 
-Rzucił cię?!- otwarła szeroko oczy- Jeszcze miesiąc temu chciał, żebyś wyjechała z nim! 
-Najwyraźniej zmienił zdanie. Przynajmniej znowu jestem singielką- zaśmiałam się. 
Uśmiechnęłam się, ale w środku, to naprawdę bolało.


poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział 45

Do domu wracałam z dziwnym przekonaniem, że komuś naprawdę na mnie zależy. Mógł to być impuls. W końcu pokłócił się z narzeczoną, zerwała z nim... Może po prostu potrzebował pocieszenia, a ja akurat byłam pod ręką.
W mieszkaniu było nienaturalnie pusto i cicho. Opadłam na kanapę w salonie. Wczoraj moje wątpliwości były znacznie mniejsze, dzisiaj znów zajęły mi całą głowę. Zamiast po rozmowie z Marco, być pewną, że wyjazd do Monachium jest słuszny, byłam tylko bardziej skołowana. Miałam świadomość, że zostawiam dwójkę przyjaciół skłóconych i mnóstwo niedokończonych spraw.
Wzięłam komórkę do ręki, ale zamiast od razu wykonać zamierzony telefon po prostu bawiłam się obudową. Coś co kilka tygodni temu było dla mnie proste, dziś sprawiało mi najwięcej trudności. W końcu się przełamałam i wybrałam numer.
-Halo?
Przez chwilę milczałam i dopiero gdy Mario wypowiedział moje imię, nieco otrzeźwiałam.
-Jak tam pakowanie się?- zapytałam, na pozór radosnym tonem. Nic we mnie nie było radosne.
-Dobrze, jutro dojdą ostatnie rzeczy. Dlaczego tak nagle dzwonisz? Coś się stało?
Zagryzłam wargę.
-Właściwie... Tak właściwie, tak. Stało się.

~*~

-Jesteś pewna, że nie chcesz jechać jutro? 
-Tak jestem. Też byłbyś pewien w mojej sytuacji. 
-Czasem mi się wydaje, że po prostu nie chcesz ze mną jechać- mruknął niezadowolony- Przemyśl to sobie, dobrze? Nie chce cie do niczego zmuszać. 
-Mario, to nie...
-Rozumiem cie, bo sam też nie jestem pewien czy chce. Bayern to dla mnie nowa sprawa, otwiera mi świat piłki, jakiej do tej pory nie znałem. 
-Przecież wciąż będziesz w Bundeslidze.
-To co innego. Borussia ma zupełnie inny styl. Nie chce się przeprowadzać, ale chce się rozwijać, to wiem na pewno. Jeśli nie chcesz zostać w Dortmundzie, bo wiem, że masz sentyment do tego miasta i czujesz się tutaj dobrze, zrozumiem. 
Rozłączył się. 

~*~

Przez całą noc nie zmrużyłam oka. Znowu zastanawiałam się co zrobić. Żaden wybór nie był dobry. 
W końcu postanowiłam. 

Wydaje mi się, że potrzebuje więcej czasu. Wiem jak wiele mi już go dałeś, ale to trudna decyzja, nie umiem się zdecydować..

Miałam nacisnąć 'wyślij' gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. Zdziwiłam się bo o 2 w nocy raczej nie mam zbyt wielu gości. Poszłam jednak otworzyć.
-Możemy pogadać?


piątek, 14 marca 2014

Rozdział 44

-Marco, skończ zachowywać się jak dziecko!
-Iggie do cholery, o co ci znowu chodzi?
Obudziły mnie krzyki z salonu. Przetarłam oczy, zerknęłam na zegarek i niemal natychmiast zerwałam się z łóżka. Straciłam już co najmniej połowę dnia!
Szybko się przebrałam, wciąż wsłuchując się w rozmowę Iggie z Marco. Postanowiłam im chwilowo nie przeszkadzać. Tego, że się kłócą byłam pewna, dlatego dałam im chwilę na uspokojenie się. Doszłam do wniosku, że jeśli w ciągu dziesięciu minut nie dojdą do porozumienia, wyjdę i im pomogę.
Wkroczyłam do salonu w momencie gdy Iggie rzuciła w Marco pierścionkiem zaręczynowym. Otwarłam szerzej usta ze zdziwienia. Czy to możliwe, że dwa tygodnie temu ta para miała wziąć ślub? Aż trudno było w to uwierzyć. Gdyby wtedy ceremonia doszła do skutku, dziś pewnie nie pierścionek uderzałby w twarz piłkarza, a pozew rozwodowy.
-Co do...-zaczęłam, ale nie zdążyłam dokończyć. Marco wybiegł z mieszkania, a Iggie opadła na kanapę w salonie, wściekła jak osa.
-Nie chce mieć z nim nic wspólnego!- rzuciła we mnie poduszką. Uchyliłam się w ostatnim momencie. Dziewczyna podkuliła kolana i zamilkła.
Uniosłam brwi i wróciłam do pokoju z zamiarem pakowania się. Właściwie byłam już spakowana, teraz zostały rzeczy pierwszej potrzeby: szczoteczka do zębów i inne pierdoły. Zerknęłam na pokój, w którym mieszkałam przez ostatni rok. Tyle się zmieniło.Puste półki przytłaczały mnie tak bardzo, że zamknęłam oczy.
Ostatni raz położyłam się na łóżku. Leżałam na nim kilka minut i zastanawiałam się co by tu jeszcze porobić. Mogłabym pójść na spacer po Dortmundzie i ostatni raz pożegnać się z miastem. Zerknęłam na ekran telefonu, który przed chwilą zawibrował.

Mario: Pamiętaj, jutro o 10 :) 

Wystukałam odpowiedź i podniosłam się. Wciąż nie powiedziałam mu o ciąży. Kłamstwo pewnie zrujnowałoby nasz związek, ale powiedzenie mu o tym, mogłoby doprowadzić do czegoś gorszego. Zawsze mam w życiu pecha warknęłam w myślach, zarzucając torbę przez ramie. Może zanim wyjadę spróbuje pogodzić narzeczonych? W tym momencie, jedynie to mogłam zrobić. Chciałam się jakoś odwdzięczyć Iggie.
Dziewczyny jednak nigdzie
-Nawet sie małpa nie pożegnała.- mruknęłam, zakładając tenisówki i wychodząc z mieszkania.

~*~

-O co sie tak właściwie pokłóciliście?
Marco świdrował mnie spojrzeniem zielonych oczu. Nerwowo podniosłam szklankę z herbatą do ust. Nie przywykłam do takiego wzroku, na pewno nie ze strony przyjaciela.
-Czy to ważne? Zerwaliśmy i tyle.
-Nie interesuje cie dlaczego?- zdziwiłam się. Najwyraźniej nie zależało mu tak jak twierdził.
-Interesuje. Ale to Iggie. Szansa, że się dowiem jest jak... Jedna do miliona?- zaśmiał się.
 Uśmiechnęłam się lekko.
-Niby racja.
Przez chwile, żadne z nas się nie odzywało. Ciszę, przerwał dopiero blondyn, gdy atmosfera była już napięta.
-Wyjeżdżasz prawda?
Westchnęłam głośno, kiwając głową.
-I nie ma rzeczy, która mogłaby cie tu zatrzymać?
Patrzyłam mu w oczy, pełne bólu. Tak samo, jak z każdą chwilą upewniałam się, że przyjście na spotkanie z nim było kiepskim pomysłem, tak samo, z każdą chwilą coraz mniej chciałam wyjeżdżać. Napadały mnie takie same wątpliwości jak przed podjęciem decyzji.
-Dominika?
Podniosłam wzrok znad ciastka. I to był błąd.
Bo właśnie wtedy, nim zdążyłam zareagować, usta Marco złączyły się z moimi.

*******************************************************