wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział 50.

Zaczęłam sprzątać roztrzaskane szkło, jeszcze zanim przyszła kelnerka, którą serdecznie przeprosiłam za problem. Uśmiechnęła się pokrzepiająco i odeszła.
-Nie przypuszczałam, że mi uwierzysz- Alex spojrzała na mnie znad filiżanki. 
-Chyba mi teraz nie powiesz, że to był żart- warknęłam. 
-Byłby mało śmieszny. Zresztą, chyba nie wyglądam jakbym się śmiała.
Poszłam uregulować rachunek, a gdy wróciłam do stołu dziewczyna stała już gotowa do wyjścia. 
-Jeśli potrzebujesz pocieszenia, albo jakiś głębszych wyjaśnień to chętnie pójdę z tobą do domu. Strasznie zbladłaś. 
-Kiepsko się poczułam, to wszystko- uśmiechnęłam się blado, ruszając do wyjścia, a potem kierując się do mieszkania. 

~*~

-Więc zacznij od początku.- poprosiłam, gdy Alex zajęła miejsce na przeciwko mnie. 
Dziewczyna długo ociągała się z odpowiedzią. Co parę chwil rzucałam w jej stronę wyczekujące spojrzenie, mając nadzieję na jakieś wyjaśnienia. W końcu zaczerpnęła powietrza, a słowa wyleciały z jej ust z ogromną prędkością, boleśnie wbijając mi się do głowy. 
Na początku nic nie rozumiałam, ciężko mi też było uwierzyć. Nigdy bym go o coś takiego nie podejrzewała, wydawał się być naprawdę w porządku. 
-A potem weszłam do ich mieszkania i BUM. 
Przestałam słuchać, zupełnie nie dając sobie nic powiedzieć.
-Marco nie był i nie jest draniem, nie zrobiłby czegoś takiego. 
-A jakoś zrobił!- wykrzyknęła sfrustrowana. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. 
-Dlaczego tak nagle zależy ci na tym, żebym w to uwierzyła? Chcesz nas skłócić? 
-Skąd, głupia babo! Chcę cię uchronić przed tym dupkiem.
Zmierzyłam ją znudzonym spojrzeniem i pokręciłam głową z dezaprobatą. 
-Ktoś to może potwierdzić? Jakoś przestałam ci wierzyć. 
To wszystko wydawało się być grubymi nićmi szyte. 
-Możemy zadzwonić po Clarie. Albo do niej iść. Ona może dostarczyć ci nawet pikantniejszych szczegółów. 
Westchnęłam, wzruszając ramionami. W sumie, co mi szkodzi? 
-Dobrze i tak nie mam nic do stracenia. Więc? Kiedy do niej idziemy? 

~*~

Następnego dnia, od samego rana byłam negatywnie nastawiona do świata. Zupełnie nie miałam ochoty na rozmowy, ani z Mają, która od siódmej dobijała się na komórkę, ani z Marco, który zresztą robił to samo. Blondyn nawet zaszczycił mnie swoją obecnością: jakież było moje zdziwienie, gdy zapukał do drzwi, a kiedy je otwarłam, zamiast jego twarzy zobaczyłam ogromny bukiet kwiatów. To co wczoraj mówiła Alex, przestało brzmieć wiarygodnie, szczególnie kiedy widziałam szczerą, uśmiechniętą twarz piłkarza. Przecież to niemożliwe, żeby to zrobił. On by nie mógł. I wiedziałam o tym od początku. Dlaczego więc na początku jej uwierzyłam? Tego nie wiem. Może po prostu szukałam dziury w całym, czego zresztą żałowałam. 
Około południa, Marco wybrał się na trening, ja zaś, umówiona byłam z Alex i Clarie. Tym razem, żeby nie ryzykować stłuczenia kolejnego naczynia, postanowiłyśmy, że spotkamy się w parku. 
Clarie jednak mówiła dokładnie to samo co Alex. 
-Dlaczego chcecie nas skłócić? Dobrze nam razem. 
-Nie chcę was skłócić- stwierdziła Alex- Zresztą mówiłam to już wczoraj.
Clarie milczała. Wbiłam w nią chłodne spojrzenie i czekałam na odpowiedź. 
-A ja może nawet chcę. Ale nie dlatego, że jestem wredna, po prostu nie chcę być sama. Wydawało mi się, że się w sobie zakochaliśmy. 
Pokręciłam głową z dezaprobatą i wstałam. 
-Nie chce mi się was słuchać, to powoli robi się żałosne. 
Odeszłam na kilka kroków, kiedy usłyszałam za sobą kroki, a kilka sekund po tym, przede mną ukazała się Clarie. 
-Tylko nie mów potem, że nie ostrzegałam. On mnie zranił i nie chcę tego samego dla ciebie. 


~*~

Wracając do domu, wciąż o tym myślałam. Jedyna słuszna opcja jaka mi przyszła do głowy, to zapytać o całą tę sytuację Marco. Obiecałam sobie, że zrobię to w najbliższym czasie, a najlepiej jutro, bo wyglądało na to, że nie przestanę o tym myśleć. Rozsiadłam się na kuchennym blacie, z kubkiem zielonej herbaty. Usłyszałam dźwięk kluczy wkładanych do zamka, jego ciche przekręcenie i otwieranie drzwi.
-Nikki? Jesteś tu?
-W kuchni Marco- odpowiedziałam.
-Zostań tam! I najlepiej zasłoń oczy.
Zmarszczyłam brwi.
-Po co?
-A możesz to zrobić?
Niechętnie zamknęłam i czekałam. Wyraźnie słyszałam jego kroki, z każdą chwilą coraz bliżej. Poczułam jak siada obok mnie, po drodze szturchając kubek z napojem, który teraz kapał z blatu na podłogę i moje nogi.
-Możesz otworzyć- szepnął mi tuż przy uchu. Podniosłam powieki, a przed moimi oczami ukazała się malutka mordka, słodko śpiącego szczeniaka. Westchnęłam zachwycona.
-Jaki cudny!
-Cudna- poprawił mnie z uśmiechem- Cieszę się, ze ci się podoba.
-Mam rozumieć, że to prezent dla mnie?- zapytałam, całując go w podzięce.
-Powiedzmy, że według mojego kalendarza urodziny masz trochę wcześniej. Wymyśliłaś już imię?
-A mam wymyślić? To może Milka.
-Skąd ci się taki pomysł wziął?- zapytał ze śmiechem.
-Po prostu mam ochotę na czekoladę.
-Wybacz, nie zdążyłem już kupić. Przywiozę ci jutro- obiecał, cmokając mnie w policzek.
Przyglądałam się chwilę, leżącej w jego rękach kulce.
-Marco, a kupiłeś mu może jakiś kojec?
-Oczywiście, że tak, za kogo ty mnie masz- oburzył się- Przypuszczam, że i tak nie będzie w nim spała, pewnie wyląduje w łóżku.
Uśmiechnęłam się, bawiąc się jego włosami. Tak dobrze mnie znał.